Był sobie pewnego razu, pewien chłopak.
Smutny chłopak. Chociaż udawał, że tak nie jest.
Smutek wynikał z tego, że nie mógł być z pewną osobą.
A nie mógł z nią być, właśnie z powodu tego smutku.
Tak więc, chłopak był swoim własnym prowodyrem smutku.
Sam sobie robił krzywdę.
Był swoim wężem, który wiecznie pożera, swój ogon.
Czy chłopak mógłby się z tego wydostać? Pewnie tak. O ile by potrafił.
Ale chłopak nie potrafi. Jak to się mówi, wpadł w to gówno po same uszy.
I tak tkwi w tym stanie. Od lat. I z każdym rokiem, ten smutek narasta. A chłopak już nie potrafi tak skutecznie przed sobą udawać, że jest inaczej.
Bo chłopakowi kończy się "paliwo", które mógłby na to udawanie, przeznaczyć.
Paradoks? Tak.
Ale! Pozwólcie, że opowiem wam pewną, bardzo krótką historię...
Zapraszam też na moje pozostałe blogi :)