Często mamy tak, że w wieku "dorosłym" nadal niektóre rzeczy wydają nam się niesamowicie zachwycające, choć dla kogoś mogą nie być. Patrząc na nie mamy przemożną ochotę ich zdobycia, jakbyśmy byli dziećmi. W swej intencji jesteśmy równie szczerzy, jak one, jednakże mniej socjopatyczni, bo jednak normy moralne w nas są, czy chcemy tego, czy też nie. Ludzie spoglądają wtedy na nas z politowaniem i chęcią niesienia "pomocy". Nie potrafią tylko zrozumieć, że to jest własnie to niesienie sobie samemu pomocy. Po co mamy się ograniczać w pragnieniu czegoś, jeśli to nam pomaga? Ja wiem, że tu można rzucić argumenty w stylu socjopaci, psychopaci, dyktatorzy-zabójcy etc. Ale powiedzmy sobie szczerze, gdybyśmy mogli, to sami bylibyśmy takimi dyktatorami ;) A tak, jesteśmy niegroźnymi fanatykami po prostu :) W końcu, Zachód, co nie? ;) A utwór tak poza tematem, ale dobry, więc umieszczam (i polecam resztę twórczości tego zespołu) :)
Niby między tymi dwoma zwrotami jest mała różnica, a jednak
oddziaływanie na osobę do której to skierujemy jest kolosalne.
Gdy rzucimy do kogoś „do widzenia” to potraktuje to w sposób
raczej „naturalny” i miły. Gdy powiemy do kogoś „do widzenia”, to nie zwróci na
to większej uwagi, bo słyszy to każdego dnia, każdego tygodnia, każdego
miesiąca.
Za to „żegnaj”, jest już zupełnie inne. Zazwyczaj gdy
powiemy to do kogoś w swej wymowie, jest raczej negatywnie odbierane. Tak
jakbyśmy życzyli komuś, że już więcej lepiej nie będzie się spotkać. Jednakże
użycie tego zwrotu ma na celu pożegnanie kogoś, ponieważ nie jest się pewnym,
czy kiedykolwiek się tą osobę jeszcze spotka.
Gdy stoję sobie na ochronie i „żegnam” klientów, to używam „do
widzenia”, bardziej niźli „żegnaj”. To z powodu, że klient z pewnością wróci, a
po drugie, usłyszeć „żegnam” od pracownika ochrony, nie wpłynęłoby dobrze, na
mniemanie klienta o danym sklepie/hipermarkecie/hali handlowej.
Ujowo się czuję. To dlatego, że no cóż… straciłem osobę na
której mnie mocno zależało. Jedyna rzecz, której się obawiałem. Tak prawdziwie bałem. No i stało się.
Straciłem ją.
Jest ujowo z tego powodu. Ale dlaczego stabilnie? Ponieważ
jest jeszcze jedna osoba, mój Kompadre – Kuba. Jedyny pewny punkt w moim
zjebanym ze wszech miar Universie.
To ten jedyny punkt, który pozostanie do Końca i dobrze o
tym wiem. Tak samo jak i Rodzina. Bez Kuby nie będzie tego linka z Rodziną.
Tak mnie zastanawia, czemu człowiek nie może mieć tej jednej
prostej rzeczy. Spotykasz osobę na swojej drodze, pokochujesz ją, a potem ona
znika, a Ty nie umiesz tego powstrzymać. I to boli w pewien sposób męczy.
Później tylko rozmyślasz dlaczego tak jest? Dlaczego akurat Twoje Życie musi
być na tyle kijowe, że nie możesz mieć tej jednej prostej, skomplikowanej jak komputer
atomowy rzeczy, którą jest ta osoba. Osoba, która odpowie Ci na każde pytanie
jakie jej zadasz, a jeśli nie potrafi tego zrobić, to chociaż Cię nakieruje na
odpowiednią ścieżkę. Osoba przy której czujesz spokój… opanowanie… spełnienie.
A jak jej nie ma, to pozostają Ci tylko przemyślenia i
wspomnienia. Tworzenie scenariuszy sytuacji. Tworzenie innych Światów w których
ta osoba wciąż jest. Może nie przy Tobie bezpośrednio, ale chociaż w Twojej
świadomości, że jednak jest, że jednak jak napiszesz jej maila, list, bądź
cokolwiek innego, to odpowie.
Jest chujowo… ale stabilnie :)
P.S. Jeszcze trochę to będę musiał zmienić nazwę blogu na "smęty.blogspot.com" :P
Dziś tak mniej od siem, ale i tak mniej więcej tak, jak ja bym to chciał ująć (no może prócz początku, bo nie do końca się zgadzam z jednym momentem). W każdym razie mowa bardzo zacna i warta przemyślenia... choć może i też nie, bo chyba wszystko co winno być, zostało w niej ujęte. Enjoy moi Drodzy Czytelnicy :)
P.S. Utwór "Time" Hansa Zimmera, świetnie do tego pasuje :)