Uczucia mam zagmatwane jak labirynt Fauna. Niby chcę kochać
i być kochanym, a jednocześnie, tak bardzo nie potrzebuję, żadnej osoby. Sam
jestem sobie idealnym towarzystwem, a z drugiej strony odczuwam samotność.
Smutek i gorycz życia, mieszają się u mnie z wrodzonym optymizmem i odczuciem
przyjemność z każdego przeżytego dnia. Mam wrażenie, że mógłbym odebrać komuś
życie bez problemu, a z drugiej strony tak bardzo obawiam się śmierci bliskiej
mnie osoby. Mam motywację, do ćwiczeń fizycznych, ale jak mam nauczyć się
czegoś, co obowiązuje mnie na studiach, to za cholerę mnie się nie chce. Za to
uwielbiam się uczyć rzeczy, które od jakiegokolwiek toku nauki z jakim miałem
styczność, są bardzo daleko. ”Leniwizm” miesza się we mnie z chęcią posiadania
wiedzy absolutnej. Niby wiem, że chcę być wojskowym i uśmiercać ludzi (w sensie
wrażych), a jednocześnie chciałbym ratować życie kogokolwiek, kto byłby w
stanie śmiertelnego zagrożenia.
Od jakiegoś czasu jednakże mam coraz większe wrażenie, że po
prostu wyjdę na „spacer” i już nigdy więcej nie wrócę w okolice które znałem od
dziecka i które poznałem niedawno. Zapomnę o wszystkim i pozostawię ludzi, dla
których w jakiś sposób (może) byłem potrzebny. Zostawię osoby które w jakiś
ten, czy inny sposób mnie kochały.
Sam stanę się sobie panem Życia i machiną Zagłady.
Z racji, że to już mój setny post, to postanowiłem na razie zakończyć moją działalność pt. "Staraj się jednego posta dziennie publikować". W każdym razie miło było i mam nadzieję, że jeszcze mnie najdą jakieś myśli (z pewnością tak będzie) i nadal będą pojawiały się aktualizacje :)
W każdym razie chciałbym wam podziękować, za wasz czas, który straciliście czytając moje wypociny ;) Mam nadzieję, że aż tak bardzo go nie żałujecie :)
A jak macie za dużo wolnego czasu, to zapraszam na mojego opowiadaniowego bloga :)