A dzisiaj tak ni z gruchy ni z pietruchy, poetycko(?) "Szła, ona szła między nami niewiernymi z mieczem Chrystusa i tarczą miłości. Przebijała nasze serca i gniotła nasze czaszki. Wyrywała nasze członki i jadła organy. Na pamiątkę wyrywała jelita i wieszała na szyi"*
Często słyszy się, że naukowcy, bądź podróżnicy, bądź inni podobni, odkryli coś nowego. Wszystko fajnie pięknie. Wyruszają sobie takie chłopaki, bądź dziewczyny gdzieś w siną dal, szukając nowych miejsc, albo budują drogie aparatury miernicze w celu wyszukania jakiś tam zjawisk. I to jest fajne, zarówno dla nich, jak i dla nas, a przynajmniej dla tych, którzy się tym interesują. Tylko jest pewien haczyk. Nie można odkryć czegoś, co już jest. Twierdzenie, że naukowcy coś "odkryli" traci sens, z racji, że to coś już istniało. I to zazwyczaj od początków istnienia Wszechświata. Najlepszym przykładem (bo chyba najbardziej znanym) będzie "odkrycie" przez pana Krzyśka Kolumba Hameryki... tfu... Ameryki. Zastrzeżenie mam do tego, iż ten kontynent istniał już od bardzo dawna, zanim nasz żeglarz się do niego doczłapał. Albo grawitacja. Czy ona zaistniała dopiero wtedy, gdy sir Isaac Newton (swoją drogą, czemu jego imię i nazwisko nie są spolszczone, jak wielu innych?) ją opisał? Nie! Istniała od początku ZAWSZE. Twierdzenie, że ktoś coś odkrył JEST KURWA BEZ SENSU!!! Nie odkrył. Opisał! Znalazł (swoją drogą, czy można znaleźć coś czego się nie zgubiło?)! Albo cokolwiek kuźwa innego! Nie można odkryć rzeczy, które istnieją od miliardów lat i jeszcze trochę! To zupełnie, jak pewnego dnia Ludzkość "sięgnie" gwiazd i gdzieś w przestrzeni kosmicznej natkniemy się na planetę w całości z budyniu np. i wtedy przedstawienie publice: "Odkryliśmy tą niesamowitą planetę, której podstawowym budulcem jest budyń bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla..." Matko, czy takie trudne jest, no nie wiem, napisać np., że ktoś coś opisał, albo zanotował, zauważył, ale nie kurwa odkrył? Ale nie! Po prostu tak się przyjęło stwierdzać i tak już zostanie. No cóż... moja strata i niepotrzebna frustracja... A teraz trochę post-rocka (bądź ambientu, jak kto woli) na uspokojenie :)
To zupełnie jak usiąść na klopie i wysrać cały kosmos! Coś jak strzelać z rkm-u i trafiać tylko pestki czereśni rosnące na drzewie jednorożca. Nadążacie? Idziecie sobie ciemnym lasem, a tam dwie syrenki-żule mówią wam, że albo wpierdol, albo płetwa. I weź tu wybierz dobrze, jak masz tylko worek cytrusów na podorędziu! A nie! Nie cytrusów, tylko ziemniaków/kartofli/pyr, bo cytrusy to dla burżuazji są. I myślisz sobie, że wszystko już masz załatwione, a tu nagle jeb w pysk od swojego psa dostajesz, za to, że nie wyszedłeś z nim na spacer i narobił Ci do buta dodatkowo. A później okazuje się, że to jednak była bogini sexu, która po prostu chciała Cię przerżnąć jako zwierze, które kochasz. A na froncie nie było miło. Smoki, nagie samurajki i czołgi zrobione z żółwich pancerzy. Do tego wszystkiego pierdoleni maniacy "Two girls, one cup". Matko... chyba już zawsze będę tak niedostrojony... zupełnie jak radio co odbiera tylko "Radio Maryja". Pozwól mnie uwolnić się od myśli szalonych... Jedyne czego chciałem to zapomnienia. Zmiany przez rok, ale nic nowego nie doszło do mnie. Zawsze ten sam shit. Twardy, prawie czarny. Patrzyłem jak niknie w odmętach klopa. To było takie smutnie poetyckie. Wybaczcie, że na więcej mnie nie stać. Jestem po prostu zbyt idealny, żeby walnąć coś lepszego. Nie da rady, bom idealny.
Dobra jaja sobie robię. To tylko słowa które nadały biel, tracą sens i zostaje tylko lęk.
Jest to gest szlachetny i prawie czysto altruistyczny (a
może i całkowicie). Idziemy do Centrum, bądź jakiejś palcówki terenowej,
dobrowolnie dając sobie wbić igłę niezłych rozmiarów w zgięcie łokcia.
Czy jest to przyjemne? Fizycznie – zależy od osoby (mnie się
to nawet podoba), psychicznie – tak samo, ale tu już można zauważyć, że
większość osób czuje się po tym akcie dość dobrze. Sprawia on, że powstaje w
nas świadomość, iż czynimy coś dobrego, coś pozytywnego, co może uratować
żałosne dupska innych bądź nasze.
Dodatkowo po każdym oddaniu krwi dostajemy parę czekoladek (teraz
goplany dają :D), a także forsę na powrót do domciu, adekwatną do kosztów
dojazdu i powrotu. Ponoć w Niemczech dostaje się dodatkowo 50 euro, ale w to
się nie zagłębiałem, z racji, że mnie na kasie nie zależy, a na samym akcie
oddania krwi właśnie. Może to komuś kiedyś pomoże. A jeśli rzeczywiście, to i
tak się o tym nie dowiem i Ty raczej też nie, drogi Czytelniku :)
Ostatnio spacerując sobie z uczelni, wdychając powietrze
chłodne i słuchając ptaków świergotania, złapało mnie poczucie nadchodzącej
wiosny. Tak jakby z niczego wziął mnie błogostan, tak jak przy każdym innym
odczucie zbliżającej się zmiany. I tak sobie pomyślałem: „Hm.. Jeśli ja to
poczułem, to znaczy, że i inni musieli to poczuć.”
A więc, czym jest odczucie wiosny? Cóż, to po prostu błogostan
w najczystszej postaci. Gdy ma się świadomość, że Życie powraca na łono, wsi,
miasteczek, miast i metropolii, to nagle w sercu każdego gotuje się szczęście i
klatkę rozsadza poczucie optymizmu. Cycki wychodzą na wierzch (to dla panów),
to samo z kochą na brzuchu i dojebaną klatą, a także bajcepsem (to dla pań), woda
w akwenach nabiera wyższej temperatury, dzieci wyłażą się bawić (choć one na
szczęście nie zwracają uwagi, na to czy Zima, czy Wiosna), Świat staje się
lepszy etc. etc. Wiadomo, ogólne poprawienie samopoczucia prawie wszystkich.
Prawie, bo dla ludzi mojego pokroju, każda pora roku jest zajebista, a w
szczególności Zima :) W każdym razie, salut Zimo i do zobaczenia pod koniec
roku :) A teraz, jak zawsze, Wiosno… Napierdalaj!
P.S. Zapomniałbym. Z racji, że dziś Dzień Kobiet, wszystkim... kobietom, składam najszczersze życzenia szczęśliwości tegoż dnia :)