Mam przez to na myśli istotę, która potrafi się dostosować do każdej innej istoty ludzkiej. Osobę, która jest na tyle rozwinięta intelektualnie, że potrafi czerpać wiedzę i zachowania każdego napotkanego człeka. Potrafi być jednocześnie świetnym konwersatorem, jeśli idzie o tematy z wyższej egzystencjalnie półki, ale także potrafi prawić w znany ludowi prostu sposób i trafiać także do nich. Znajomka znajdzie sobie w każdym, bo i każdego w jakiś sposób potrafi do siebie przekonać. Choćby na chwilę. Niektórzy mogą to nazwać konformizmem po prostu, bo i tak też to wygląda. Ale dla mnie jest to właśnie uniwersalność społeczna. Objawia się ona także tym, że taki osobnik potrafi być sobie najlepszym towarzystwem. A biorąc pod uwagę, że czytasz ten wpis, to Ty, Drogi Czytelniku, też jesteś takim Universal Human ;) I chyba mogę rzec, że w ten sposób, mamy coś wspólnego ze sobą :) A utwór tematyczny jak znalazł :)
Oglądając kolejne widełko odnośnie strzelectwa taktycznego w wykonaniu Instruktora Zero ze SPARTAN 360 Tactical Defence, a także odnosząc się do moich doświadczeń ze sztukami walki i obrony, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że wycisk jest najważniejszy. Dobrze jest gdy ćwiczymy razem z innymi i dobrze jest gdy jest ktoś, kto nas do tego wycisku zmusza. Dzięki temu potrafimy przezwyciężyć chęć poddania się. Jednakże, jak Ziemia długa i szeroka (dosłownie) każda niechęć i każda motywacja rodzi się w Umyśle. And it's not, like I am fuckin' crazy. Jeśli nie zechcemy przyjąć do naszego (w tym momencie wycieńczenia) ograniczonego Umysłu informacji, że to jeszcze nie koniec, że musisz wycisnąć z siebie więcej pary, to raczej nic nigdy z tego nie wyniknie. Zmęczenie udowadnia tylko to, że się nie opierdalałeś podczas ćwiczeń. Że zaangażowałeś do tego nie tylko swoje ciało, ale także swoje Serce. I to moi mili państwo... to, mój Drogi Czytelniku, jest ważny czynnik. Dzięki wyciskowi w jakiejkolwiek dyscyplinie, czy to fizycznej, czy psychicznej, dowiadujemy się jacy naprawdę jesteśmy. Dowiadujemy się, czy w chwilach wielkiego stresu, a także wielkiego zmęczenia, poddamy się, czy jednak uda nam się wykrzesać w sobie iskrę upartości, aby nadal przeć do przodu, nie zważając na przeszkody, które podczas tego marszu się pojawią. W każdym razie i sobie i Tobie, Drogi Czytelniku życzę wytrzymałości i śmiałości w pokonywaniu tychże przeszkód ;) A miast muzyki takie fajne widełko strzeleckie (za to z fajnym tłem muzycznym). Indżoj :)
... tak i w tym przyda się Tobie, Drogi Czytelniku życzyć przyjemnej Wigilii, a biorąc pod uwagę nadchodzące dni, to także Wesołych Świąt. Dodatkowo życzę chyba czegoś co jest moim zdaniem najważniejsze dla człowieka - spokoju ;) A poza tym przyjemnych podarków ob Pana-W-Czerwonym, mocno ścinąjącego alkoholu i słodkości, które w najgorszym wypadku doprowadzą do cukrzycy ;) Także po prostu - najlepszego :D A! No i żeby choinka przywlokła Tobie Świątecznego klimatu, albowiem ja...
Still waiting for the snow to fall
'Cause It doesn't really feel like Christmas at all
Wszystko fajnie, tylko najpierw trzeba zadać sobie pytanie, "Co jest Twoje?". Otóż... tak szczerze, jakby rozkminić każdy aspekt, to dojdzie się do wniosku, że nic. Absolutnie nic nie jest Twoje. Nawet Twój umysł. Ale, ale! Życie, jest od tego, aby je przeżyć, nie myśląc o tym, że armia technokratów w każdej chwili może Cię zniszczyć za byle niedopatrzenie. Tak więc, co jest Twoje? Marzenia, nadzieje, miłości, fobie, zainteresowania, pasje. Rzeczy, które w jakiś sposób łączą się z Twoją mentalnością. Trzeba pamiętać, że nie nie jesteśmy w pełni wolni, ale nie należymy też w pełni do kogoś. Wypracować sposób, co wielu już zrobiło. Albo po prostu "Don't give a fuck", albo po prostu uciec od danej rzeczywistości na rzecz kolejnej. Bądź, kierować się tytułowym hasłem dnia i walczyć o to, co Twoje. O marzenia, miłości, fobie, zainteresowania, pasje. O to wszytko co tworzy Ciebie... Tobą. Także obyś się nie poddawał w swojej drodze Życia, Drogi Czytelniku i szczere - powodzenia! :)
A dokładnie Pan Czesław Mozil. Chłopaczyna ma w swojej karierze muzyka tendencję do śpiewania romantycznego. W jakikolwiek sposób. Zawsze znajduję u niego coś, co w jakiś sposób jest romantyczne. Albo śpiewa o tym bezpośrednio, albo nawet bardzo pośrednio i gdzieś daleko mogłoby się wydawać. Pan Mozil swoją twórczość określa mianem alternate-pop z czym się zgodzę biorą pod uwagę rodzaj nuty jaka tworzy jego utwory. Dla wielu (jak np. mojej ukochanej matki... choć może to przez to, że nie przepada za tą osobą) jest to rodzaj muzyki nie do zniesienia, ale dla ludzi pokroju mnie (czytaj: raczej takich z którymi nie chciałbyś się zadawać na co dzień) ta muzyka budzi szczerą sympatię i pasję (w tym pozytywnym znaczeniu ;)). Z resztą czemu miałaby nie budzić, jeśli teksty Pana Mozila są jednymi z najszczerszych z jakimi mogę się spotkać. Jeśli szukasz muzyki polskojęzycznej (z pojedynczymi wyjątkami) w której chcesz spotkać nuty raczej niekonwencjonalne, a także teksty, które mogą wydać się Tobie, raczej niezbyt "normalne", to twórczość Pana Mozila jest dla Ciebie :) I tak wiem, może niezbyt przemyśleniowy post, ale coś tam się znajdzie. W każdym razie ja tą twórczość darzę szczerą sympatią i lubię się w niej zagłębiać, szczególnie, że teksty są przemawiające. Zarówno do samej osoby słuchającego, jak i słuchający chciałby nimi przemówić. Także, indżoj utworem, Drogi Czytelniku ;)
Pewnikiem wypowiedziałeś to sam, a jeśli nie, to na pewno się z tym spotkałeś, bądź to w życiu, bądź w jakimś środku rozrywki pokroju film, książka, gry konsolowe/PieCowe. Kiedy się pojawia chęć wypowiedzenia tegoż zdania? Oczywiście gdy usłyszysz najmilszą rzecz jaką możesz usłyszeć ;) Ale haczyk polega na tym, kiedy taką rzecz usłyszysz? Usłyszysz ją w zależności, jak bliska jest Tobie, osoba, która tą najmilszą rzecz wypowiada względem Ciebie (obviously). Wypowiedzenie w/w zdania, nastąpi właśnie wtedy, gdy istnieją dwa czynniki: usłyszałeś naprawdę najmilszą rzecz, ale została ona wypowiedziana przez osobę, na której zależy Tobie, jak na żadnej innej. Czyniąc historię krótką - jest to osoba, która sprawia, że chce się żyć. Dosłownie. Choć, możesz sobie nawet nie zdawać z tego faktu sprawy, Drogi Czytelniku :) A na miły wieczór, miła muzyka. Indżoj :)
Zjawisko astronomiczne powstające podczas śmierci gwiazdy. I dzięki koloryzacji wszelkich zdjęć jest to naprawdę piękne zjawisko :)
Ale co jest najważniejszym aspektem supernovej? A to, że dzięki temu powstają zarówno kolejne gwiazdy, jak i kolejne stworzenia, jak np. ludzie.
Supernova jest bezpośrednim dostarczycielem pierwiastków z których jesteśmy zbudowani. Każdy gram żelaza, wapnia, węgla, pochodzi właśnie z tych ostatnich tchnień, umierającej gwiazdy.
Z ich śmierci naradza się nowe Życie, zarówno w postaci kolejnych gwiazd, jak i stworzeń, które zamieszkują planety o odpowiednich do tego warunkach bytowych :)
Na koniec moja konkluzja odnośnie tego zjawiska (bo jakże by inaczej): Nie ma się co martwić tym, że kiedyś zemrzemy. Nie ma się co martwić, albowiem prędzej czy później, gdy nasza Matka Ziemia także przestanie być żywa, dołączymy razem z nią do naszych znacznie większych i starszych sióstr w przestrzeni kosmicznej.
Wszystkie pierwiastki, które pożyczyliśmy od Universu, aby być, aby żyć - zwrócimy. Może nawet z nawiązką :) A gdy już to zrobimy... cóż... wtedy... wtedy będziemy żyć wiecznie :)
Jest wymagana. Jest podstawą zwycięstwa. Podczas walki musisz poddać się instynktom. Musisz poddać się chęci przetrwania. Poddać się instynktom walki. Także tym wyuczonym. Podczas walki stajesz się w całości zwierzęciem. Myślisz częściowo o taktyce walki, ale z drugiej strony Twoje myśli tkwią tylko na przeciwniku. Tylko na tym, jak najefektywniej i jak najszybciej będzie go wyeliminować. Konfliktu nie należy się obwiać. Prędzej czy później do niego dojdzie, a wtedy musisz wzbudzić w sobie brutalność, która tkwi głęboko w Tobie, Drogi Czytelniku. Musisz tą brutalność objąć. Poddać się jej działaniu. Poddać się... a dzięki temu - zwyciężyć. Jak to mówi zasada, na jakiej swój system walki opierają Marines: "80% brutalności, 20 % techniki". A tutaj widełko. Jeśli nie chcesz sobie zrobić SPOILERÓW gry, to lepiej nie lukaj, Drogi Czytelniku :)
I jedno i drugie jest motorem napędowym człowieka. Każdy ma jakieś marzenie/marzenia i nadzieję, a to na poprawę sytuacji, a to na otrzymanie jakiegoś itema, bądź... osoby. W każdym razie wiem, że to tak u mnie występuje. Problemem z tymi dwoma zagadnieniami jest to, iż rzadko kiedy dochodzą one do skutku. Człowiek który ma mało, albo nie ma prawie niczego - marzy. Zazwyczaj o czymś "małym", ale też o czymś "dużym". Niektórzy są tak biedni, że jedyne co mają to pieniądze. Pieniądze to aspekt. Aspekt ważny, albowiem, jest środkiem, który pozwoli nam zrealizować owe marzenia (oczywiście nie wszystkie). Ja wiem... wiem, że nadzieja, to rzecz, która zapewnia dalszy napęd. Wiem, bo czuję to na własnej skórze. Inni mają podobnie, albo nawet tak samo. Każdego dnia do przodu ciągnie Cię obowiązek, który złożyłeś Drogi Czytelniku, tylko i wyłącznie przed samym sobą. Można mówić, że to komuś innemu, bądź czemuś innemu się taki obowiązek przysięgało, ale... prawda, jest taka, że to tylko Ty. I nikt inny. Bądź nic innego. Marzenie to obowiązek... nadzieja to obowiązek... prędzej czy później, trzeba się z nimi rozstać... a po tym wszystkim - ruszyć. Przez most, który palisz aby nigdy nim nie wrócić. Byle dalej... w dzikość swojego zapomnienia. A z racji, że teraz jestem w takim nastroju a nie innym, to indżojuj się tym utworem, bo innego Tobie nie zapewnię, Drogi Czytelniku ;)
Także śniegeł tej jesieni już zaliczony (po prawdzie wczoraj, ale jakoś nie mogłem się zabrać za napisanie czegokolwiek) i jest zajebiście :D A dlaczegóż zajebiście? No kurwa! Śnieg przeca :D A tak z innej strony, to dlatego, że lubię ten dotyk H2O w stanie stałym, oraz efekt jaki wywiera na me kończyny i członki mego ciała. Odbiera im ciepło, a później pozostawia zesztywnienie, które przyjemnie zwalczać :) Jednakowoż przyjemniejsze dla mnie jest uczucie rozgrzania, gdy ciepło wraca do członków :) Dodatkowymi elementami jest oczywiście stylistyka natury i otoczenia, której śnieg nadaje czystej magii :) Także radujcie się śniegełem, ponieważ niedługo nadejdzie go jeszcze więcej (teraz jest zaprawdę szczątkowo) i będzie można ulepić śnieżnych przyjaciół, których to bałwanami się zowie :)
Jest wiele filmów, które są przez wielu krytyków i kinomaniaków uznawane za wielkie dzieła z przekazem. Się z nimi zgadzam. Jednakże problem jest taki, iż dość sporo tych filmów poznałem, gdy byłem młody i nie bardzo miałem taką przemyśleniową jazdę, jak mam teraz, gdy już jestem nieco starszy. Stąd też naszło mnie przemyślenie, że w sumie, póki człek nie zacznie myśleć, nie powinien zaznajamiać się z takimi filmami, jak np. The Fountain, V for Vendetta, albo Apocalypse Now. Dlaczego? Ano dlatego, że wtedy nie miałem poczucia Życia, Świata, Umysłu, ani tym bardziej własnej Duszy (tak wiem, jestem duchowy, ale jest takie powiedzonko: tylko krowa nie zmienia poglądów). Jeśli człowiek, nie jest w stanie podjąć się próby uduchowienia czegoś, przeanalizowania tego pod każdym możliwym względem, jeśli człowiek nie jest w stanie podejść do dzieł takich lub im podobnych w typowo filozoficzny sposób, to nie powinien się z nimi jeszcze wtedy zapoznawać. Po pierwsze zrobi sobie spoilery, po drugie, co ważniejsze, może uznać film za, kolokwialnie rzecz ujmując, pojebany (na początku tak się w moim odniesieniu prezentował film The Fountain). Jednakże, z czasem... tak... z czasem... z czasem wszystko przychodzi tak, jak należy. Przychodzi zrozumienie... przychodzi interpretacja. Przychodzi moment, gdy człowiek, zaczyna czuć całym sobą, o co w tym wszystkim biegało... i wtedy... dokładnie wtedy, przychodzi Oświecenie. Przychodzi moment zjednoczenia myśli i uczuć; Rozumu i Serca. I wtedy człek, choć trochę czuje się spełniony :)
Jest to ćwiczenie proste w wykonaniu i z którym każdy, kto
uczęszczał na zajęcia W-Fu, miał do czynienia.
Ćwiczenie polega na wyciągnięciu torsu ponad równoległą
linię, którą tworzą barki i lędźwia, gdy położymy się na płaskiej powierzchni
na plecach. Następnie trzeba zaprzeć się rękoma na wysokości głowy i mocno wbić
stopami w podłoże. A później już tylko używa się siły, że by unieść się w górę
tworząc coś takiego.
Ale o co mnie chodzi z tym ćwiczeniem, prócz tego, że jest
zajebiste? Otóż, że biorąc pod uwagę, iż jestem dopiero na Kroku 4, progu średniozaawansowanego z
ćwiczeń Wielkiej Szóstki (nawiązując do książki „Skazany na trening – zaprawa więzienna”),
potrafi nieźle dać w kość :) Ale w taki przyjemny sposób. Szczególnie, że po tym ćwiczeniu mięsień
czworogłowy uda jest świetnie rozgrzany. Ciepełko przyjemne rozchodzi się po kończynach
dolnych. Bardzo błogie uczucie. Zgaduję, że jeśli ktoś odbywa stosunki płciowe,
to mógłby to czucie porównać do orgazmu. W sumie, człowiek jest zajebiście
zadowolony i nagle staje się niesamowicie szczęśliwy :)
Kolejny plusem jest po prostu wzmacnianie mięśni głębokich pleców.
W końcu w tym celu, to ćwiczenie się narodziło :) Ale z racji, że w kalistenice ćwiczy się prawie wszystkie partie mięśni
wykonując którekolwiek ćwiczenie, także tutaj ćwiczymy dodatkowo mięśnie kończyn
górnych i dolnych, mięśnie torsu, a nawet mięśnie szyi i karku. Szczególnie
biorąc pod uwagę Krok 4 :)
Także, Drogi Czytelniku, szczerze polecam to ćwiczenie i
bierz się za nie jak najszybciej. Warto się trochę pogimnastykować, biorąc pod
uwagę, że ten dzisiejszy dzień zapowiada się sztywno ;)
Jest to serial akcji, produkcji (najogólniej, bo jak miałbym wnikać we wszystkie struktury za to odpowiedzialne, to "kilka" musiałbym wymienić) Cinemax (które z kolei należy do HBO), warty polecenia każdemu, kogo pasją jest militarka. Dlaczego warto go polecić? No cóż... raczej nie ze względów filozoficznych bądź emocjonalnych (bo ten aspekt ograniczono do niezbędnego minimum), albo jakiś mocno dramatycznych, ale ze względu na ilość akcji jaka jest w ten serial wpakowana. Do tej pory powstały 4 sezony, choć często jest ujęte iż tylko 3, ale jest to błędne pojmowanie... z resztą mniejsza o to. Od drugiego sezonu każdy składa się z 10 epizodów (pierwszy sezon liczy 6 epizodów) z czego każde dwa odcinki składają się tak jakby na jedną całość. Więc otrzymujemy jakby podzielony film. Z resztą, doznania płynące z serialu są iście filmowe. Niedawno został wyemitowany ostatni odcinek 4 sezonu. A biorąc pod uwagę ostatnie parę minut, nasuwa się silne przekonanie, że więcej postaci Stonebridg'a i Scott'a nie ujrzymy... aczkolwiek mam nadzieję, że moje... przekonanie, jest błędne :) W każdym razie - dlaczego polecam ten serial? Jak już na początku wspomniałem, ten serial przypasuje każdemu fanowi militarki (i w sumie nie tylko takim osobnikom); po drugie - cycki :) Choć raz na odcinek możemy spodziewać się jakiejś sceny seksu :); po trzecie - pomimo swej ubogiej w aspekty filozoficzne struktury, parę momentów, które mogą nakierować nas na jakieś przemyślenia się znajdzie :); po czwarte - 4 sezon po prostu wymiata :) Pierwsze 4 odcinki to jedne z najprzyjemniejszych z jakimi się spotkałem gdziekolwiek :) Tutaj macie trailer 4 sezonu
A tu utwór który możecie usłyszeć w tle (swoją drogą - very cool :))
I bynajmniej chodzi mnie tu o serial (który swoją drogą jest badass). Chodzi mnie o nasz system 24 godzinny, ponieważ takiego w Rzeczpospolitej używamy. Otóż, moja rozkmina polega głównie na tym, że w większości przypadków zamiast usłyszeć odpowiedź na pytanie: "Do której jesteś w szkole/uczelni/pracy?" w stylu: "Do 15.00; 16.00; 17.00" usłyszymy najczęściej: "Do trzeciej; czwartej; piątej" z ewentualnym dodatkiem "po południu". Dlaczego nie powinno się tego używać? Ano dlatego, że niepotrzebnie wprowadzamy Chaos, do tego prostego systemu. Bo jeśli w tym momencie ktoś powie, po godzinie 12, że idzie gdzieś tam o "czwartej", to większość ludzisk pomyśli o godzinie 16.00. A osobnikowi, który to mówił chodziło o 04.00 właśnie, a nie o 16.00. Tak więc jest to dla mnie pewna dysfunkcja umysłu ludzkiego, która w nas pozostała. System 12 godzinny spotkamy na tarczy zegara, bądź w krajach w których on obowiązuje. Ale z racji, że w RP system jest 24 godzinny, to winniśmy się tego trzymać, coby nie wprowadzać we frustrację potrzeby wyjaśnienia tej drobnej różnicy, ludzi mojego pokroju :) Bo czasami nawet taka ostoja spokoju jak ja, potrafi pęknąć :) To tak jak z nogą - człowiek nie posiada takiego narządu jak noga. Posiada kończynę dolną (nogi to znajdziemy u mebli) ;)
Czy jest coś "złego" w poddaniu się hypnozie? I nie chodzi mnie tutaj o taką, którą "wymusi" na nas hypnoterapeuta. Chodzi mnie o dobrowolną, ale jednocześnie uwarunkowaną. Np. muzyką. Otóż, nie ma nic "złego" w tym, że się jej poddamy. Co więcej, jest to bardzo przyjemne uczucie, gdy człek przestaje w sumie panować nad swoim organizmem. Pozostaje w skupieniu tylko na jednej konkretnej rzeczy... rzeczy, która w ten swój mistyczny sposób, do niego przemawia całą sobą... a Ty nie potrafisz zerwać tego połączenia i co więcej chcesz się jej oddać całkowicie... tak dokładnie - uważam, że gwałt umysłu jest jednak wspaniałą rzeczą :) A teraz zapraszam, do indżojowania się tą rzeczą (za którą podziękuje pewnej osóbce - wiesz o kogo chodzi dziewczyno), która niedawno zgwałciła mój umysł :)
Spokój... taaaaakkk... coś do czego dążymy, coś do czego prowadzą nas nasze cele. Jedna rzecz której pragnie każdy, to żeby mieć spokój... Ale! Czymże jest spokój? Otóż spokój, to nic innego jak stan umysłu. Zawsze i wszędzie (prawie jak Rosja :P). Żeby spokój osiągnąć, to musimy tego naprawdę pragnąć. Nawet w pracy/uczelni/szkole spokój jest łatwy do osiągnięcia... trzeba po prostu chcieć :) A zasadniczym elementem pomocnym, może okazać się medytacja :) Albo jakieś ćwiczenia oddechowe, które pozwalają się nam wyciszyć... czyli osiągnąć spokój i harmonię ducha :)
Za dużo tu nie ma co rozkminiać. Wszakże muzyka przypadnie nam do gusty tylko wtedy i wyłącznie, jeśli spektrum dźwięku, jego rytmika, synchronizacja, bądź jej brak, poruszą nasze struny, że to tak nazwę, osobowości. Tylko gdy poczujemy przepływ dźwięku przez nasz organizm. Tylko gdy poczujemy, że nasze ciało, umysł jednoczą się z danym rodzajem muzyki - tylko wtedy możemy uznać, że ten gatunek, ta rytmika, przypadła nam do gustu. A dlaczego instrumenty klawiszowe są wspaniałe? Bo jak dla mnie są absolutnie uniwersalne :) A dodatkowo, jeśli się ma tzw. delikatną naturę/wrażliwą naturę, to tym bardziej one w nas uderzają. Z resztą posłuchajcie sobie tego. Jak to może nie poruszać najciemniejszych zakamarków Duszy?
Masz tak z pewnością Drogi Czytelniku, że znajdujesz się w sytuacji, kiedy Twoje wywody filozoficzne nie są najprzychylniej odbierane. Kiedy słuchasz słów wypowiadanych przez osoby wokół Ciebie, bądź po prostu je słyszysz. Wtedy nachodzi Cię myśl, że lepiej nie angażować szarych komórek z wyższej hierarchii Twojego umysłu, cobyś go sobie nie zaraził. Nie tyle głupotą tego, co jest odbierane przez Twój narząd słuchu, a prostotą "przemyśleń", które wychodzą z ust twoich, mniej lub bardziej, znajomków. To jest tak zwany shit-talk, czyli gadanie o "niczym". Większość z nas określi to po prostu mianem gadania. A więc, czymże jest rozmowa? Rozmowa jest funkcją, którą przeprowadzasz, na temat dany. Podejmujesz się jego rozkminy, bądź wymiany poglądów. Jednakże, rozmowę rozpoczniesz dopiero z osobą o podobnym poziomie intelektu jak Ty, a także z osobą posiadającą poczucie filozofii w swym życiu. Żeby nie było za łatwo, osoba z którą podejmiesz rozmowę, może mieć też intelekt rozwinięty na inne tematy, niż filozofia, ale warunkiem jest dociekanie tego, jak dalej może ten "temat" się rozwinąć - czyli po prostu chodzi o spekulacje. To są moje kryteria miedzy gadaniem, a rozmową. I jak do tej pory udało mnie się znaleźć ledwie i aż jedną osobę z którą... konwersuję :) Tylko jedna... i aż jedna!... i tyle mnie wystarczy :) A Ty Drogi Czytelniku? Czy masz kogoś z kimś możesz pokonwersować? Mam nadzieję, że tak :) Bo jak nie, to ujnia z makiem :/ Stay tough, and good night :)
A więc, dziś podejdę do tematu który, raczej nie jest obcy żadnemu człowiekowi, który tego bloga przegląda (wiadomo, umiejętność czytania wymagana). Otóż, rozchodzi mnie się o różnicę miedzy nauką (czyli dobrowolnym przyswajaniem wiadomości, nawet jeśli przekazuje je nam ktoś inny), a zakuwaniem (czyli tak jak w tytule). Dlaczego w ogóle taka różnica istnieje? Jest ona zależna w dużej mierze (a może i wyłącznie) od naszej sympatii do osoby przekazującej nam informację.
Jeśli nie pałamy do osoby "miłością", bądź osoba z czasem nam zbrzydnie emocjonalnie, to wtedy i my zaczynamy tracić sympatię do działu Nauki, który dana osoba miała nam przekazać. I tak, zamiast się uczyć, to po prostu opieramy się o zasadę ZZZ.
Inną sytuacją, jest brak potrzeby poznawania (czytaj: nie każdy jest filozofem): jeśli komuś zależy, jeśli komuś jest potrzebny tylko ten dany dział Nauki, to nie ma sensu, żeby uczył się też innych. I w tym momencie człowiek zamienia się w specjalistę - wyszkolony tylko w danym dziale Nauki. A reszta działów? Meh... reszta jest dla innych.
Kolejną sytuacją, którą przytoczę, jest brak sympatii do osoby przekazującej wiedzę, ale sympatia do działu nauki nadal istnieje. Tutaj oprę się o swą osobą (z racji, że mam smykałkę do lingwistyki). Otóż, człek... no, powiedzmy, że lubi dany dział Nauki, ale osoba przekazująca jest... niekompatybilna z osobowością uczącego się. W takim wypadku, wszytko zależy od podania informacji. Jeśli materiały będą nieodpowiednie, to i ten polubiony przez osobę dział i tak jej zbrzydnie.
A więc jak widzicie, wybór między zakuwaniem, a nauką jest zależny od tych trzech czynników (wg mnie). I z tym was zostawiam. Miłego dnia :)
A dziś naprawdę świetny utwór, naprawdę świetnego kompozytora (utwór pojawia się w finałowej wersji "rzeczonego", bardzo fajnego filmu akcji). Enjoy :)
Żywot dla niektórych ludzi zazwyczaj wydaje się ciężki, męczący, nieprzyjemny. Tkwiąc w swojej codzienności, obserwują świat naokoło i myślą o tym, jak dobrze mogło by być. Czy to jako nastolatek obserwujący jakąś szczęśliwie wyglądającą parę, sam nie posiadając nikogo, czy jako starszy człowiek, który patrząc na inne pary, dostrzega szczęśliwość w posiadaniu potomka, gdy jemu się ta sztuka nie udała, czy jako pracownik, który nie realizuje się w tym w czym by chciał.
Jednakże nawet w takich sytuacjach można dostrzec pozytywność Życia. Wystarczy przywołać marzenia w tej chwili, kiedy zrobi się nam nieprzyjemnie. Wtedy człek ucieka od tej "szarej" rzeczywistości, do świata znacznie bardziej "kolorowego" - świata w którym żyje w każdej wolnej chwili. Jest to świat w którym możliwa jest każda opcja, jaką sobie kiedyś zaplanowaliśmy. Właśnie dzięki takiemu sposobowi działania, człowiek daje radę przeżyć kolejny dzień, robiąc to, czego i tak nie lubi, albo znajduje w tym tylko szczątkową przyjemność.
A teraz (mam nadzieję) utwór, który w jakiś sposób was nastawi pozytywnie :)
Każdy posiada jakąś rzecz, którą mianuje swoją. Zagłębiać się w to nie będę, bo biorąc pod uwagę wszystkie przepisy podatkowe etc. żadna rzecz nie należy do jednostki bezpośrednio. W co chcę się zagłębić, to sentyment do rzeczy. Ale sentyment inny niźli taki, który sprawia, że po jej utracie zaczynamy za nią tęsknić. Chodzi mnie o sentyment tak silny, tak zachowawczy, że jakaś rzecz, dosłownie definiuje nas - nasze przekonania, sympatię, sens życia. Ktoś coś posiada i utożsamia to ze sobą. Jest to coś, co reprezentuje jego przekonania w każdej chwili, mimo iż sam osobnik tego nie robi. Ta rzecz staje się integralną częścią człowieka. Staje się dosłownie jego Duszą. Posiada ją każdego dnia, w każdym miejscu, widoczną, bądź nie. Po jej utracie zaczyna odczuwać brak - czy to z powodu przyzwyczajenia, czy też z powodu wspomnienia. Jeśli nie potrafi jej odzyskać, staje się uboższą osobowością. Staje się newralgiczny. Dusza w przedmiocie istnieje. Tyle tylko, że trochę inaczej niż byśmy sobie to wyobrażali.
A przykładem "zawartego" w nich zła jest broń. Wszyscy uważają, że broń jest zła. Że to ona zabija. Że nie powinno jej być itp. itd. Jednakże w jaki sposób, obiekt martwy, którego działanie polega na mechanice, może być zły? Zły jest człowiek, bo to on ową broń wymyślił. Zły jest człowiek jeśli jej użyje. Broń nie jest zła. Przedmioty nieożywione nie są złe. Nie mogą być.
Ale, zawsze się pojawia haczyk w takim rozumowaniu. Jeśli człowiek jest zły, to tak samo cokolwiek co stworzy to zło "odziedzicza", więc ten przedmiot też winny stać się złym... no i tak bez końca.
"Zły" jest człowiek, a nie przedmioty nieożywione.
Zakańczając przed chwilą seans "Obławy" (po raz drugi obejrzanej jak do tej pory; w kinie się to znakomicie oglądało), naszła mnie myśl, że nasze dawne Życie, czy dobre, czy złe, oddziałuje na nas w pozytywny sposób. Mimo iż mogło być nam w poprzednim żywocie ciężko, nieprzyjemnie, samotnie. Mimo iż mogliśmy odczuwać ciągłe zmęczenie, to jednak zawsze we wspomnieniach tamtych chwil, pojawiają się elementy, które sprawiają, że żałujemy Życia obecnego. Choćby takie drobne smaczki, jak dźwięk zimnego powietrza w środku zimy, przenikającego do wnętrza gawry, przez nieszczelne okna. Gdy w nocy leżeliśmy w łóżku, a za plecami padał dźwięk palącego się drewna. Gdy światło płomieni leniwie lizało ściany, twarz, kończyny... "Obława" przypomniała mnie to wszystko. I mimo iż przypominam sobie momenty frustracji w moim poprzednim żywocie, to jednak żałuję, że w najbliższym czasie takie doznania już nie wrócą...
Dlaczego każdy jest najmusem? Na to łatwo sobie odpowiedzieć. Pracujesz Drogi Czytelniku? Jeśli tak, to jesteś najmusem. Ponieważ sprzedajesz się za pieniądze. Zarabiasz forsę, po to by móc dalej żyć. I tak, wiem, że można żyć bez grama pieniędzy, ale rozchodzi mnie się tutaj o życie w naszym Zachodnim Świecie. W nim (a także każdym innym w którym istnieje jakaś tam gospodarka), bez forsy sobie nie poradzisz. Więc jak widzisz, jesteś najmusem. Ale, pamiętajmy, że najemnik robi co mu się karze i się mu za to płaci, a wtedy on wykonuje zadanie mu powierzone. Robi to, żeby przeżyć, czyli robi to pod przymusem. Nie przełożonych, ale prawideł przetrwania, na terenach zurbanizowanych... zhumanizowanych, że to tak nazwę. Więc, pomimo tego, że jesteśmy najmusami, to jednak także nimi nie jesteśmy. Bo nie możemy sobie od tak odejść... oczywiście jeśli mamy w planach żyć pośród ludzi, po "cywilizowanemu" ;) No ale, jeśli jest się typkiem mojego pokroju... cóż... wtedy mógłbym rzec, że jednak najmusem będziesz tylko swojego Serca :) Będziesz gnał, tam gdzie Cię "nogi" (poprawnie winno być - kończyny dolne) i wzrok, poniosą, Drogi Czytelniku :) A dziś (dla mnie), klasykiem pojadę :)
Słowem wstępu, czymże są płatki kukurydziane? Akording
to Wikipedia: "Popularny posiłek śniadaniowy, głównie ze
względu na krótki czas przygotowywania oraz pożywność. Zaliczany do zdrowej
żywności (pod warunkiem, że nie zawiera dużej ilości cukru i innych
kalorycznych dodatków). Niemal zawsze spożywane z mlekiem, czasem na
sucho. Płatki oprócz kukurydzy mogą zawierać inne gatunki zboża."
No i to by było tyle, jeśli idzie o wstęp.
A co jest w nich tak szczerze zajebistego, że warto o nich
wspomnieć na moim jakże zajebistym i nieomylnym blogu? W sumie to, że to
posiłek, który nadaje się na każdą sytuację. Można go wszamywać gdziekolwiek,
jakkolwiek, no i w dodatku jest zrobiony z pożywnej tarczki kukurydzianej,
która jest (dzięki masowej hodowli kukurydzy na Świecie) szeroko
dostępna, pożywna w węglowodany. Dodatkowo, całkiem nieźle można na niej
zbudować masę mięśniową, dostarcza sporo wapnia, na wzmocnienie kości, a także
metalu, który jest jednym z głównych składników hemoglobiny. No i wiele witamin jak B, I, E, D, A, K. Tak więc widzicie,
płatki kukurydziane warto wszamywać, a najlepiej z mlekiem :) No chyba, że ktoś nie
trawi totalnie laktozy, to polecam z „czystą” :)
Z racji, że wydaje mnie się, iż rozumiem naturę ludzkiego umysłu, nie jest dla mnie dziwne, że gdy ktoś kogoś nazwie filozofem, ma to w zamiarze negatywne znaczenie. Dlaczego? No cóż, ludzie, szczególnie pracujący, żeby jakoś dać radę utrzymać swoje 4 ściany swoimi, muszą zarabiać. Ludzie mniej wykształceni, albo którzy minęli się z powołaniem, rzadko kiedy zaplątają sobie głowę... myśleniem. Zamiast sobie w pracy rozkminiać co tam w trawie Uniwersu piszczy, wolą wyłączyć myślenie, bo nie jest za bardzo na miejscu. Nie ma się co wychylać. Ja co prawda jestem zadowolony gdy ktoś określi mnie tym mianem :) Pochlebia mnie to :) Mimo iż wiem, w jakim zamiarze zostało to określenie na mnie rzucone. Bycie określonym mianem filozofa, to zaszczyt :) Jednakże mało osób zdaje sobie z tego sprawę... umiłowanie mądrości to jednak to, czego bym chciał u każdego człeka :) http://portalwiedzy.onet.pl/45781,,,,filozofia,haslo.html
Fraza dość często słyszana, przeważnie od człowieka pracy. Czy jest zgodna z Prawdą? Ani trochę. Dlaczego? Ponieważ Czas istnieje od początku Wszechświata. Narodził się razem z nim. Gdy człek rzecze iż nie ma czasu, prawdą jest tylko to, że nie potrafi sobie go wykombinować. Poza tym ma go pełno. Przecież ma całe Życie ;) Więc dlaczego narodziło się to zdanie? Ano, ponieważ nie zawsze chce nam się planować, albo jakaś rzecz ma dla nas wartość mniejszą niż inna, która w danym momencie okupuje nasz umysł. Bo wiadomo, człek zamiast się wysilać, woli sobie ułatwiać :) Nie winię nikogo za to, bo też tak mam :) Nie zawsze, ale zdarza się :)
Ja bym jednak bardziej rzekł: Czego Serce nie widzi, tego Sercu nie żal. W końcu, nawet jeśli coś "zobaczymy", to i tak zawsze rozbije się o emocje. Żeby było nam czegoś żal, musimy poczuć do tego chęć. Jeśli czegoś nie lubimy, jeśli coś się nam nie spodoba, to nawet jeśli nie będziemy tego świadkiem, to i tak żalu nie poczujemy. Żeby odczuwać żal, potrzeba sympatii do rzeczy, wydarzeń, albo ludzi. Bez tego elementu Sercu, nie będzie niczego żal :)
Często mamy tak, że w wieku "dorosłym" nadal niektóre rzeczy wydają nam się niesamowicie zachwycające, choć dla kogoś mogą nie być. Patrząc na nie mamy przemożną ochotę ich zdobycia, jakbyśmy byli dziećmi. W swej intencji jesteśmy równie szczerzy, jak one, jednakże mniej socjopatyczni, bo jednak normy moralne w nas są, czy chcemy tego, czy też nie. Ludzie spoglądają wtedy na nas z politowaniem i chęcią niesienia "pomocy". Nie potrafią tylko zrozumieć, że to jest własnie to niesienie sobie samemu pomocy. Po co mamy się ograniczać w pragnieniu czegoś, jeśli to nam pomaga? Ja wiem, że tu można rzucić argumenty w stylu socjopaci, psychopaci, dyktatorzy-zabójcy etc. Ale powiedzmy sobie szczerze, gdybyśmy mogli, to sami bylibyśmy takimi dyktatorami ;) A tak, jesteśmy niegroźnymi fanatykami po prostu :) W końcu, Zachód, co nie? ;) A utwór tak poza tematem, ale dobry, więc umieszczam (i polecam resztę twórczości tego zespołu) :)
Niby między tymi dwoma zwrotami jest mała różnica, a jednak
oddziaływanie na osobę do której to skierujemy jest kolosalne.
Gdy rzucimy do kogoś „do widzenia” to potraktuje to w sposób
raczej „naturalny” i miły. Gdy powiemy do kogoś „do widzenia”, to nie zwróci na
to większej uwagi, bo słyszy to każdego dnia, każdego tygodnia, każdego
miesiąca.
Za to „żegnaj”, jest już zupełnie inne. Zazwyczaj gdy
powiemy to do kogoś w swej wymowie, jest raczej negatywnie odbierane. Tak
jakbyśmy życzyli komuś, że już więcej lepiej nie będzie się spotkać. Jednakże
użycie tego zwrotu ma na celu pożegnanie kogoś, ponieważ nie jest się pewnym,
czy kiedykolwiek się tą osobę jeszcze spotka.
Gdy stoję sobie na ochronie i „żegnam” klientów, to używam „do
widzenia”, bardziej niźli „żegnaj”. To z powodu, że klient z pewnością wróci, a
po drugie, usłyszeć „żegnam” od pracownika ochrony, nie wpłynęłoby dobrze, na
mniemanie klienta o danym sklepie/hipermarkecie/hali handlowej.
Ujowo się czuję. To dlatego, że no cóż… straciłem osobę na
której mnie mocno zależało. Jedyna rzecz, której się obawiałem. Tak prawdziwie bałem. No i stało się.
Straciłem ją.
Jest ujowo z tego powodu. Ale dlaczego stabilnie? Ponieważ
jest jeszcze jedna osoba, mój Kompadre – Kuba. Jedyny pewny punkt w moim
zjebanym ze wszech miar Universie.
To ten jedyny punkt, który pozostanie do Końca i dobrze o
tym wiem. Tak samo jak i Rodzina. Bez Kuby nie będzie tego linka z Rodziną.
Tak mnie zastanawia, czemu człowiek nie może mieć tej jednej
prostej rzeczy. Spotykasz osobę na swojej drodze, pokochujesz ją, a potem ona
znika, a Ty nie umiesz tego powstrzymać. I to boli w pewien sposób męczy.
Później tylko rozmyślasz dlaczego tak jest? Dlaczego akurat Twoje Życie musi
być na tyle kijowe, że nie możesz mieć tej jednej prostej, skomplikowanej jak komputer
atomowy rzeczy, którą jest ta osoba. Osoba, która odpowie Ci na każde pytanie
jakie jej zadasz, a jeśli nie potrafi tego zrobić, to chociaż Cię nakieruje na
odpowiednią ścieżkę. Osoba przy której czujesz spokój… opanowanie… spełnienie.
A jak jej nie ma, to pozostają Ci tylko przemyślenia i
wspomnienia. Tworzenie scenariuszy sytuacji. Tworzenie innych Światów w których
ta osoba wciąż jest. Może nie przy Tobie bezpośrednio, ale chociaż w Twojej
świadomości, że jednak jest, że jednak jak napiszesz jej maila, list, bądź
cokolwiek innego, to odpowie.
Jest chujowo… ale stabilnie :)
P.S. Jeszcze trochę to będę musiał zmienić nazwę blogu na "smęty.blogspot.com" :P
Dziś tak mniej od siem, ale i tak mniej więcej tak, jak ja bym to chciał ująć (no może prócz początku, bo nie do końca się zgadzam z jednym momentem). W każdym razie mowa bardzo zacna i warta przemyślenia... choć może i też nie, bo chyba wszystko co winno być, zostało w niej ujęte. Enjoy moi Drodzy Czytelnicy :)
P.S. Utwór "Time" Hansa Zimmera, świetnie do tego pasuje :)
Dość łatwa rzecz. Wystarczy rozmawiać ze sobą. Z czasem jakieś przemyślenie samo przychodzi jak np. teraz. Jakieś 5 minut temu naszło mnie jedno, żeby zrobić taki wpis. Gadasz do siebie, z racji, że nie masz nikogo, do kogo mógłbyś pogadać (plusy niemania nikogo, prócz kuzynek w mieście pełnym ludzi) i z czasem nachodzą Cię genialne przemyślenia, które wstawiasz na swój genialny blog. A teraz slaszowa część posta. Rodzice. I ma to po części związek z tym, że dziś Dzień Ojca (to jest ta część http://www.niemaszprzyjaciol.pl/2013/06/my-father-will-guide-me-up-rope-to-sky.html), aczkolwiek zrodziła się ona tak przypadkowo. Otóż w wielu filmach i czasami też w Życiu, zdarza się sytuacja, że żyjemy sobie szczęśliwie w rodzince, wołamy na te starsze osoby mamo, tato/ojcze, matko i nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jedno z nich może nie być naszym biologicznym rodzicem. Dowiadujemy się tego czasami za pośrednictwem jednego z rodziców, albo możemy dość do tego na własną rękę, albo... powiedzmy, babcia zdradza nam tą "straszną" tajemnicę. Teraz pytanie co z tym zrobić? Ano, albo nic, albo poszukamy biologicznego rodzica. Możemy też w pakiecie dodać "nienawiść do aktualnych rodziców". Kolejnym pytaniem jest: "Czy jest to zachowanie nieodpowiedzialne?". Czasami tak, czasami nie. To zależy głównie od dzieciaka. Jeśli już wcześniej miał jakieś wąty do rodziców, to teraz najprawdopodobniej od nich ucieknie w poszukiwaniu "prawdziwego" taty/mamy i się zacznie wielki płacz i zgrzytanie zębów, że dziecko uciekło. Może też być rozwydrzone, ale takie jest za mało samodzielne i butne, żeby zrobić krok w tym kierunku, za to z pogardą będzie patrzyło na tatusia i mamusię. Natomiast jeśli dziecko jest zdyscyplinowane i opanowane, nie będzie drążyło tematu (raczej), a po prostu spyta powierzchownie. I odpuści całej sprawie na jakiś tam czas, najprawdopodobniej do momentu w którym uzna, że wyjaśnienia są mu potrzebne. Ostateczna konkluzja: Moim skromnym zdanie poinformować dziecko o tym, że nie jest się jego biologicznym ojcem, albo matką (zależy jakiej płci jesteśmy), powinno nastąpić w momencie w którym uznamy, że nasza pociecha jest wystarczająco samodzielna, żeby sobie z tym "ciężarem" poradzić. Na koniec zaprawdę wyśmienity kawałek muzyczny :)