poniedziałek, 31 grudnia 2012

Budyń i coś o Nowym Roku

  Mogłoby się wydawać, że to niby nic takiego, że to niby tylko całkiem smaczny deserek. Ale byście się zdziwili. Budyń to także ciecz nieniutonowska i to jest sedno całej sprawy. 
  Ciecz nieniutonowska, gdy dostarczy jej się energii kinetycznej, to twardnieje  Im więcej tej energii tym twardsza się staje. I to jest super! Można dzięki temu poczuć się jak Jezus, bo da się po takiej cieczy chodzić :) Więc zarąbisty trik na jakąś imprezę już jest (oczywiście jeśli macie basen i kupę forsy na budyń). Jak szpanersko to też będzie wyglądało :)
  No a poza wszystkim budyń jest po protu bardzo smacznym deserem :) 


Chociaż kisiel też dobry :)

No i z racji, że dziś Sylwester wszystkim Sylwkom życzę przyjemnych imienin, a także (i innym) wybuchowej północy i Happy New bezkacowego Year kurka! :D


A postanowienie noworoczne? 
Trochę więcej samodyscypliny w realizacji planowanych rzeczy :)

niedziela, 30 grudnia 2012

Każdy ma prawo

  Trenując sztuki walki, zobowiązałem się do przestrzegania pewnej zasady. Nigdy nie atakować pierwszym. Dlatego gdy, ktoś mnie sfrustruje (niestety mam emocje), nie atakuję go fizycznie, czy też werbalnie (a przynajmniej staram się nie atakować werbalnie, bo zdarza mnie się :/) Po prostu wyobrażam sobie, jak wybijam mu staw kolanowy, a potem skręcam kark, albo robię inną równie śmiertelną rzecz. Przyjemne uczucie. Pomaga mi zapanować nad sobą :)
  Prawo, do odebrania komuś życia, ma każdy mieszkaniec tego globu. Jest to prawo naturalne. Ale nie. Bo widzicie, jeśli spróbujesz odebrać me życie, to ja odbiorę je także tobie. Więc trzeba także pamiętać o tym, że w każdej chwili możemy stać się czyjąś ofiarą, mimo iż wydaje nam się, że jesteśmy drapieżnikami. Zawsze znajdzie się ktoś silniejszy. Ale nie ma co się poddawać. Trzeba walczyć, bo tylko to nam pozostaje... walczyć do ostatniej kropli krwi...



Dlaczego by tak nie...

... wyplenić ze świata zła? Proste. W końcu, to właśnie niecne uczynki napędzają Świat. Czym by było życie, bez poczucia smaczku niepewności moralności uczynków, które wypełniamy? Na pewno byłoby takie trochę bardziej puste. Ludzie lubią łamać przepisy, które stawiają im inni. Wiadomo, zasady są po to, żeby je łamać (nie żebym był jakimś specjalnym zwolennikiem tego typu rozrywki, ponieważ nie bardzo mnie się widzi bycie gwałconym przez stado czarnuchów o poranku, tylko dlatego, że nie poniosą żadnej konsekwencji... a nawet gdyby, to i tak mnie się to nadal nie widzi :/ ).
  Więc niecne uczynki napędzają wojny, przemysł etc. Gdyby nie to, jutro "biedne" dziecię z Pierwszego Świata nie mogłoby by dostać nowego iPada, Smartphona bla bla bla... A ludzie wciąż pikietują "Wyplenić zło!"... no cóż, jedyna moja rada to: Życzę szczęścia :)
  Więc, drogi czytelniku, jeśli uważasz tak samo jak ja, to masz dość chore podejście do rzeczywistości... ale tylko w kilku aspektach i bynajmniej chodzi mnie o ten :)


A co do samego tematu zła i dobra, a także moralności etc. to poświecę na to oddzielny wpis... może za dzień, albo dwa. Will see :)



sobota, 29 grudnia 2012

Być bohaterem

  I nie, nie chodzi mnie o tych bohaterów dnia codziennego. Tych zwykłych ludzi, którzy podejmują się działań wbrew instynktom, które każdemu innemu nakazują ucieczkę. Chodzi mi akurat o bohaterów wojennych, a w szczególności AKowców. 
  Wielu powiada o nich ile to zrobili etc. Ale ja nie o tym. Mnie chodzi o cenę bycia takim właśnie bohaterem. Koszmary, depresje, różnego rodzaju schorzenia psychiczne. Jeszcze w wiele lat po wojnie mieli odruchy, które nadawały się do walki w okopach, ale nie do życia codziennego. Podczas snu nawiedzały ich wszelkie czyny, które popełnili, aby przetrwać Wojnę. A nie były to rzeczy, o których napomina się w pieśniach i utworach o ich bohaterstwie. Bardzo rzadko ludzie, dzisiejsi ludzie, chcą myśleć o tym co ich przodkowie musieli zrobić, aby Ci dzisiaj mogli sobie spacerować ulicami wolnego państwa. 
  Krew, pot i łzy, ale także śmiech i miłość, oto co towarzyszyło AKowcom i innym powstańcom podczas walki, zarówno bezpośredniej jak i tej psychologicznej i propagandowej. Ilu z nich umierało ze świadomością, że robią coś dobrego, a ilu myślało bardziej o sobie, albo o tylko tych kilku, których kochało? Tych drugich prawdopodobnie było więcej. Wnioskuję to z faktu, że wielu żołnierzy przyznawało się do tego, iż koledzy z oddziału byli ich rodziną i to bliższą, niż ta, która czekała na nich w domu.
  W każdym razie bohaterowie są potrzebni przede wszystkim nam. Sami ich tworzymy, ponieważ oni się za takich nie uważają... no chyba, że przepełnia ich pycha, ale tacy zazwyczaj nie zabierają się za bohaterstwo. Bohater to przykład, który chcielibyśmy sami ucieleśniać, ale nie mamy odwagi, żeby dokonać takich czynów. 


piątek, 28 grudnia 2012

Wypełnia mnie...

... gniew. Ostatnio mam taką ochotę wszystko rozpierdolić w drobny mak. Czysty szał i nic poza tym. Każdy człowiek tak ma w pewnym momencie swego życia, że jedyne czego chce to nienawidzić. Rozpierdolić wszystko dookoła, każdego kogo spotka, a w szczególności osoby, które kocha najbardziej. Im bardziej kogoś kochasz, tym bardziej chcesz go wyjebać w przestrzeń kosmiczną, żeby zdechł w męczarniach. A potem? Następnego dnia, albo parę godzin później, wszystko nagle już jest w porządku. Czyż to nie jest pojebane? Muhahahahahahahahahaha xD I właśnie o to chodzi. Szał, gniew, zew krwi. 
  Only peace... only rage!



Zawrotne poranki

  Każdego ranka, gdy człek się obudzi nachodzi go myśl "kurwa". Czy jest to poprawne postrzegania świata? Ależ oczywiście jak najbardziej. Na tej cienkiej krawędzi łóżka i podłogi toczy się każdego dnia epicka batalia ducha i umysłu. Kto zwycięży, kto odniesie porażkę? To zależy od woli opętanego... khm... znaczy się, właściciela ciała, oczywiście ;)
  Tylko, jeśli można spać i wypoczywać, to po co wstawać? Walić naukę, walić pracę. Nie ma się co przemęczać. Czas najwyższy być wolnym! A jednak ciągle się poddajemy tym rzeczom, których realizacji wcale nie chcemy się podejmować, rzeczom, których robić nienawidzimy...
  Dżizus, kurwa, ja pierdolę! Tak po prostu...


środa, 26 grudnia 2012

Osełka do mózgu

  A rzeczoną osełką jest nic innego, jak książka. Tak samo jak miecz potrzebuje ostrzenia, tak mózg potrzebuje nasycenia treścią ksiąg. Jest jak roślina, dla której światłem i wodą są właśnie te literki nadrukowane na papierze. Dzięki czytaniu rozwija się elokwencja słowna, wyobraźnia, logiczne myślenie. Dzięki książkom, człowiek ma więcej tematów, na które może dyskutować. Fantastyka, sci-fi, kryminały, sensacja etc. Każdy gatunek w jakiś sposób kształtuje nasz tok myślenia.
  Ja zawsze lubiłem fantastykę i sci-fi. A jeśli jeszcze połączy się te dwa gatunki w jedno, to jest dopiero coś. 
  Czytając rozwija się przede wszystkim wyobraźnia, która później pomaga nam w podejmowaniu trafnych decyzji, ponieważ potrafimy sobie wyobrazić konsekwencję naszego czynu, decyzji. Możemy zaplanować wszystko na spory okres czasu wprzód i ominiemy dzięki temu, co większy problem. 
  Czytać warto, choćby dla samego oderwania się od szarości dnia codziennego. 


wtorek, 25 grudnia 2012

Co warte jest życie...

  Sens życia każdy z nas nadaje sobie indywidualnie. Nie ma co rozkminiać uniwersalnego, bo dla każdego jest on inny. Dla jednych będzie, to pisanie wierszy o poranku, dla innych kalistenika każdego wieczoru, dla innych to i to. 
  Żeby odnaleźć sens życia, trzeba, a jakże by inaczej, szukać :) Ale, sens życia będzie tym, co kochamy robić. Co sprawia, że chcemy przeżyć następny dzień, mimo, iż wiemy jak ujowy może być. Dla ludzi w szczęśliwym związku będzie to oczywiście, ta druga połówka, dla tych mniej szczęśliwych, bądź samotnych, rzecz, bądź miejsce, które sprawia, że czują spełnienie. 
  Dla mnie sensem życia jest miłość, dyskusja, filozofia, przyjaciele, sztuki walki, a także noże, oczywiście te bojowe :) 
  A czym dla Ciebie jest sens życia? Jeśli nie wiesz, to warto o tym pomyśleć, a jeśli jesteś pewien, to brawo dla Ciebie, drogi czytelniku :)


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Świątecznie i sportowo :)

  Można się było spodziewać, że taki też wpis nastanie, a wiadomo z jakiego powodu.
  A więc, zacznę od małej sportowej rady w formie krótkiego poemu... khm...


Gdy Ci zimno
Gdy Ci źle
Przyspiesz kroku
i weź przebiegnij się :)

  Ładne prawda? Wiedziałem, że się spodoba :)

  No więc, Dobra Rada Wujcia Natana vol. 1 zakończona.  
  A teraz, druga część moich wypocin.
  
  No więc, chciałem Ci życzyć drogi czytelniku, zajefajnie smacznej kolacji wigilijnej. Obyś się nie zadławił i żeby było na niej wszystko co tylko lubisz ;) Co do samych Świąt, żeby były wyluzowane i przede wszystkim szczęśliwe, ponieważ to jest prawdziwie najważniejsze (i wcale nie przesadzam), a także bogatego Gwiazdora... bądź, jakkolwiek się tam u Ciebie nazywa, gruby starzec w czerwonym kubraczku o (powiedzmy sobie szczerze) zapędach pedofilskich :) Zakop rodzinny topór wojenny, jeśli jakiś posiadasz, bo nie warto się wykrwawiać. Trochę spokoju nie zaszkodzi, choć ten jeden raz. Dyskutuj z rodziną o wszystkim, bo pamiętaj, że rodzicie i dziadkowie, to też ludzie :) No i powiedz osobom które kochasz, że je kochasz, bo następnej okazji może nie być :)

  A więc, Wesołych Świąt kuźwa! :D


niedziela, 23 grudnia 2012

Bo gotowanie się nie jest złe :)

  Piekło i Raj, sami sobie tworzymy. Egzystując, na tym jakże pięknym świecie (nie, to nie sarkazm), podejmujemy decyzje świadome (oczywiście chodzi mi o stan nieodurzenia jakimikolwiek środkami) i czasami po dłuższym czasie, okazujące się zgubne w skutkach, ale także często przynoszące sporo profitów. 
  Piekło, które sami sobie stworzymy, będzie pełne demonów, które my sami wpuścimy. Tak samo będzie z Rajem. Pełny tylko tych aniołów, które sami wybierzemy. Pytanie, tylko czy Raj to rzeczywiście dobry wybór. Przecież tyle spokoju na raz? Kto by to wytrzymał. Lepiej wybrać Piekło, ponieważ Raj będzie niesamowicie nudnym miejscem. A w Piekle zawsze znajdzie się jakiś przyjemny kociołek z bulgocącą smołą, w którą będzie można wepchnąć każdego demonika, który spróbuje nas zaczepić. Będzie można wpaść do baru, zrobić burdę i się tym nie przejąć, chlać do upadłego, walić się na lewo i prawo z kimkolwiek się zechce, etc. Czy to nie idealne? Więc powstaje pytanie. Dlaczego tak wielu ludzi, chce mieć spokój w swoim życiu? Odpowiedź, jest bardzo prosta. Bo im to odpowiada. 
  A czy mnie to odpowiada i co najważniejsze, czy odpowiada to Tobie drogi czytelniku? Z czasem każdy znajdzie odpowiedź :)


sobota, 22 grudnia 2012

Pętla czasu

  Skoki w czasie są dość problematyczne i nie mówię tu o możliwości ich powstania, tylko o ilości możliwości zmiany przebiegu historii. Bo przecież, jeśli skoczylibyśmy w przeszłość, to jaka jest pewność, że wylądujemy akurat w naszej osi czasu, a nie np. w jakiejś zupełnie innej? Takiej, gdzie Hitler zginął podczas I Wojny Światowej, a II wybuchła znacznie później, bądź w ogóle.
  Problem powstaje także, przy powrocie w czasy obecne. Jeśli zmieniliśmy przeszłość w jakikolwiek sposób, to nie wrócimy do historii nam znanej. I tak np. osoby, które znaliśmy nigdy się nie narodziły, a my sami także nigdy nie istnieliśmy. 
  Skaczemy w przeszłość, w jakiś sposób pomagamy osiągnąć zamierzone cele Powstania Warszawskiego i wracamy z powrotem do swej rzeczywistości. Jednakże odnajdujemy tylko znaną nam już przeszłość, ponieważ cofając się w czasie stworzyliśmy alternatywną rzeczywistość, a u nas nic się nie zmieniło.
  Albo cofamy się w przeszłość, zmieniamy historię, wracamy do przyszłości, ale raz, że stworzyliśmy alternatywną rzeczywistość, a dwa, że skoczyliśmy w alternatywną przyszłość.  
  Więc jak widać, jeśli skoki w czasie powstaną, to będą to wycieczki raczej w jedną stronę, bo nie będziemy mieli pewności, że zmieniając coś w swojej, bądź swojej ojczyzny historii, zmienimy coś w rzeczywistości do której skoczymy. 
  Więc wniosek co do skoków w czasie jest taki, że nie tylko skaczemy w czasie, ale także w inne rzeczywistości, a szanse, że wrócimy do swojej są naprawdę marne. 


czwartek, 20 grudnia 2012

Once more into the fray...

  Walka. Najwspanialsza, najczystsza, najszlachetniejsza. Tylko w walce człowiek, potrafi być prawdziwym sobą  Wtedy działają najbardziej podstawowe instynkty. Chęć przetrwania bierze górę. Nie damy się zabić przeciwnikowi. To my zabijemy jego. Nic prócz zwycięstwa nam nie pozostaje. Żeby przetrwać trzeba walczyć. 
  Lęk Śmierci. Potrzeba zwycięstwa. Tylko to co prawdziwe. Więc dlaczego tak wielu ludzi boi się walki? Czyżby to właśnie lęk przed śmiercią? Ale jak można bać się czegoś, czego nigdy się nie zasmakowało? 
Trudne... bardzo trudne...






środa, 19 grudnia 2012

Wojaku powróć zdrów do domu

  Ostatnimi czasy wśród społeczeństwa pokutuje przekonanie, że żołnierz powinien być humanitarny. Że dzisiejsze wojny to pieprzenie i w ogóle. Polityczne pieprzenie. Tyle tylko, że wojna to właśnie dalsza forma politycznego pieprzenia. To nie jest jakieś zło konieczne, tylko wymysł polityków którym skończyły się możliwości pertraktacji. No, a jak te możliwości się kończą, to wysyła się dzielnych żołnierzy na tereny im nieznane, żeby mordowali napotkanych ludzi... oczywiście uzbrojonych. 
  A od czego jest sam żołnierz? Żołnierz jest od tego aby zabijać. Jest od tego aby wykonywać rozkazy bez chwili zawahania i zastanowienia. On nie ma myśleć. On jest narzędziem. Ma ufać rozkazom swojego dowódcy. Na misji/wojnie ma być narzędziem destrukcji i niczym więcej. To nie jest maszynka do bycia humanitarną i rozdawania pomocy potrzebującym. On ma walczyć. Ma zabijać i umierać i nie żałować absolutnie niczego co zrobił. Za to gdy wraca do domu, to może stać się ponownie przykładnym obywatelem. I robić to co robi najlepiej, słuchać się rozkazów. Tych od rządu, tych od rodziny. A po tym, jak miło spędzi czas w domciu, winien z powrotem wrócić na pole walki i zabijać, a także ginąć ramię w ramię, ze swymi braćmi broni. 
  Gdy tak patrzę na większość dzisiejszych żołnierzy, to widzę w nich ludzi. Zwykłych ludzi. Dobrych ojców i mężów. Nie widzę w nich maszyn do zabijania. Bo Ci, którzy nimi są, zostają po tej prawdziwej stronie bitwy. Oni nie wracają do domu. Jeśli mają szczęście zrobią to co konieczne, a później umrą. 
  Ale, czy żołnierz to rzeczywiście maszyna? Zadaniem żołnierza jest bronić granic kraju, a także ludności cywilnej przed wszelkimi zewnętrznymi zagrożeniami (od wewnętrznych jest policja i inne jednostki bezpieczeństwa wewnętrznego) gdziekolwiek by się one nie ukrywały. Jednakże pod tym całym osprzętem i bronią dzierżoną w dłoni, kryją się zwykli mężczyźni i kobiety. Mają uczucia i wątpliwości. I to jest największy problem właśnie. U żołnierza coś takiego nie powinno istnieć. Ale często jest tak, że żołnierzem kieruje chęć zemsty za poległego towarzysza i... w sumie jest to dobre. Doprowadza do tego, że przeciwnik musi zostać całkowicie zniszczony. A tego przecież chcemy... wszyscy :)



wtorek, 18 grudnia 2012

Koniec cz.2

  Dobra, teraz czas wziąć się za temat na poważnie. Otóż zastanawia mnie czy ktokolwiek wierzy w ten "majowy koniec świata", a jeśli tak, to ile "zachodniej" populacji świata? Czy może to po prostu kolejny chwyt na master trolling i "chwytliwy" marketing? 
  Ogólnie to wolałbym, żeby to jednak była druga opcja, bo nie potrafię uwierzyć w to, że ludzkość może być tak zacofana pod względem intelektualnym. Chociaż, jakby nie patrząc, Majowie rzadko się mylili co do swojego losu. Jednakże współcześni Majowie jakoś się datą 21 grudnia 2012 roku nie przejmują. Ich kalendarz nadal działa i ma normalnie daty dalsze. Przy okazji, czy to nie powinno być przypadkiem 12.12.12?
  No więc, jeśli współcześni Majowie, mają głęboko w rzyci datę 21.12.12, to dlaczego reszta ludzi miała by się tym przejmować? Poza tym to całkiem wygodna data. Początek weekendu. Akurat żeby zabalować po raz ostatni :)
  Więc jeśli ktokolwiek w to wierzy, to bardzo chętnie przyjmę wszelkie drogocenne rzeczy, które ma do oddania :) 


No i nie ma jak piękna Charlize Theron :)

Koniec cz.1

  Z racji, że nasz ukochany "majowy koniec świata" już za chwilę, zacna korporacja Google postanowiła zrobić YouTube Rewind 2012. Wygląda to zacnie i jak należy, oczywiście w tle dźwięki najbardziej znane. Enjoy :)




poniedziałek, 17 grudnia 2012

Widzisz i nie grzmisz...

  A dziś coś o tym Najpotężniejszym. O tak drodzy kochani! Dzisiaj trochę o naszym wiecznie nieobecnym przyjacielu, który zasiada Tron (i nie mam na myśli klopa... ani tym bardziej filmu, bądź gry, która swoją drogą jest całkiem niezła) w Królestwie Niebieskim.
  Jak już pisałem wcześniej, dla mnie Bóg jest właśnie symbolem naszych Kreatorów. Ale teraz zajmę się opisaniem Boga, zapisanego w świadomości masowej. Otóż ma on dobre strony i złe. Zaczniemy od tych dobrych.
  Gdy człekowi jest źle i niewesoło, gdy ludzie się odwracają, gdy życie daje mu kopa w mały palec u stopy, to do kogo się zwraca zazwyczaj? Otóż to! Do Almighty'ego żeby ten mu pomógł w tej, jakże wielkiej, niedoli. Nie twierdzę, że jest to złe. Człowiek potrzebuje wsparcia psychicznego i wybiera czasami taką ścieżkę, a czasami po prostu udaje, że jest silny i, że mu to zwisa, bądź naprawdę taki jest. Ale wtedy to dość płytki pod względem emocji osobnik.  
  Druga dobra rzecz. Kościół - (chodzi mnie akurat o tę część jego, co się trzyma zaleceń "bądź dobry dla bliźnich") często organizuje pomoce humanitarne dla potrzebujący, co się chwali w społeczeństwie (choć są też głosy, że to takie "lizanie dupy" i "pod publikę"... pewnie coś w tym tkwi), uczestniczy w różnorakiego rodzaju zbiórkach dla potrzebujących, wydaje posiłki biednym i bezrobotnym, zapewnia im schronienie, a także chroni sieroty, tworząc im domy opieki (oczywiście dzięki gestom anonimowych dobroczyńców). I dzięki takim właśnie akcjom, gdzie księża twierdzą, że to wszystko zasługa Boga, zyskuje on w oczach ludzi jako ten "dobry tatuś".
  Dosyć zachwalania, czas przejść do rzeczy mniej pozytywnych. 
  Wiele wojen w przeszłości (i w sumie, jak się uprzeć, to dziś także) wybuchało, z powodów różnic między wyobrażeniem Boga jednych i wyobrażeniem Boga drugich... a także, trzecich i czwartych i piątych i tak dalej. Więc kiedy setki tysięcy osób padały zarzynane przez "wojowników Pana", z powodu szerzących się chorób, szkodników itp. Bożek Dobra Rada w oczach ludzisk stawał się tym "Gniewnym Ojcem, który w każdej chwili może na nas zesłać jakąś plagę... bądź coś.", więc wcale, a wcale happy nie było. Poza tym dorzućmy do kotła Inkwizycję, palenie na stosie za przekonania i innowierstwo i mamy całkiem kolorowy obrazek tego, jak nasz Friendo przyjemnie się prezentuje. 
  Oczywiście nie wyjaśnia to bezpośrednio tego, że to Bóg jest tym złym i niemiłosiernym, a także kochanym i opiekuńczym, tylko, że to wszystko my ludzie przecież zrobiliśmy. Po części jest to wyjaśnienie, ale nie zapominajmy, że sporo szitu w Bibli było ponoć napisane przez samego Boga, co nie? "Będę kochał Cię bezgranicznie, ale jeśli złamiesz choć jedną z moich 10 zasad, to skażę Cię na wiecznie pieczenie się, niczym bekon, w ogniach piekielnych"... kochany papo, nie ma co :/
  Dodatkowo na koniec, pierdyknę paradoks Boga. Teoretycznie może on stworzyć kamień tak wielki i ciężki, że nie będzie w stanie go unieść, ale jednocześnie nie ma dla niego rzeczy, których nie da rady przezwyciężyć, więc powinien móc go unieść. Ba Dum Tsss 


niedziela, 16 grudnia 2012

Powstań! raso ludzka

  Dlaczego powstaliśmy? Czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy ktoś nas stworzył? Wiele pytań, żadnej odpowiedzi. Jasne, że teoria ewolucji istnieje, ale powstaje też pytanie, czy nie jesteśmy dziełem jakiejś innej cywilizacji? Czy powstaliśmy w jakimś konkretnym celu? Czy jesteśmy spadkobiercami jakiegoś innego, potężniejszego gatunku? Może jednak zostaliśmy stworzeni, w celu naukowym. Jako przedmiot obserwacji. Jakaś długowieczna rasa nas zasiała na tej planecie i prowadzi wyrafinowaną inwigilację. Obserwuje i uczy się jakich błędów nie popełniać przy tworzeniu kolejnej rasy, na jakiejś innej planecie. 
  Czy jest to myślenie paranoika? Nie bardzo wg. mnie. Przecież my sami dążymy do stworzenia sztucznego życia. Robotyzacja rozwija się coraz bardziej, powstają coraz bardziej zaawansowane AI, dość szybko rozwija się nanotechnologia, biomechanika, niskoenergetyczne technologie przesyłania danych na odległość. A co jeśli w przyszłych wojnach (także kosmicznych, bądź jak kto woli, Pierwszego Kontaktu) wykorzystamy technologię przesyłu nanobotów na odległość, żeby miażdżyć przeciwnika? Co jeśli damy im AI wystarczające żeby z czasem ewoluowały, aż do stworzenia świadomości istnienia? W ten sposób wykreujemy życie i nie ma to znaczenia czy biologiczne, czy mechaniczne. Tak czy siak, będzie to życie. Z czasem wykreuje coś na kształt religii, to jest pewne i wtedy będzie wierzyło, że ktoś je stworzył. Może z nami jest tak samo? Może Bóg to właśnie nic innego niż tylko symbol naszych stwórców, naszych projektantów? Przybyli ponownie, gdy zauważyli w nas potencjał intelektualny, a w masowej świadomości zapisali się jako coś wszechpotężnego. Jako coś więcej, niż tylko kolejna forma organicznego życia. 

sobota, 15 grudnia 2012

Love, love, love...

  O miłości można pisać często i gęsto, ponieważ jest to temat równie niewyczerpywalny jak np. religia. Jednakże, ja spróbuję się skupić na odczuciach miłości. Czym ona dla ludzi jest i tak dalej. Z tegoż też powodu, przeprowadziłem wywiad środowiskowy. A wnioski nie są absolutnie zaskakujące. Ale nim zacznę, przedstawię miłość od strony czysto technicznej.
  Wzór Miłości opracował Gerhard Crombach. Dokładnie jej wzór chemiczny, a wygląda on następująco: C6H5-NH-C2H5. Mógłbym to opisać, ale na szczęście ktoś już to za mnie zrobił: "W stanie zakochania substancję tę wytwarza podwzgórze i niczym posłańca, przekazuje do gruczołów dokrewnych i innych narządów. Wywołane w ten sposób reakcje wprowadzają organizm w stan emocjonalnego odurzenia.
Ruszają hormony: noradrenalina przyśpiesza gonitwę myśli, serotonina wytwarza radosny nastrój, a dopamina uruchamia fantazję i wyobraźnię. Serce bije mocniej, ręce się człowiekowi pocą, traci apetyt.
Dzięki więc endorfinom kochasz, czujesz się obiektem miłości, uśmiechasz się nawet do swego odbicia w lustrze, rośnie twoja pewność siebie, możesz góry przenosić, zdobywać Himalaje. Czujesz się też o wiele zdrowiej - to układ immunologiczny rozpoczął samo uzdrawiające akcje. Promieniejesz. Wszyscy wkoło patrzą się na ciebie z uśmiechem."
  Z mojego wywiadu wyszły mniej więcej podobne wnioski:
1. W miłości osoby czują skrajności emocjonalne
2. "Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość, która pozwala przechodzić przez te wszystkie stany, od cierpienia do radości, z tą samą intensywnością." to z bloga koleżanki, ale dobrze oddaje naturę sytuacji
3. "Czasami czułem ból nerek" słowa mojego kompaniero :)
4. Osoby są z całą pewnością szczęśliwe
5. "Miłość to taka rzecz za którą oddałbyś życie" fryzjerka, której zadałem to pytanie
6. Miłość źle ulokowana, potrafi bardzo zranić, w sensie zarówno mentalnym jak i fizjologicznym
  Jak widać, miłość to dość znacznie wpływający na nasz światopogląd, związek chemiczny, który potrafi także namieszać całkiem nieźle w organizmie, jeśli coś się popsuje. Miłość także oficjalnie figuruje na liście zaburzeń zdrowotnych WHO pod pozycją F63.9, więc jak widać jest z tym trochę zachodu :) 
  A teraz, najbardziej mnie znany romantyczny utwór :)


Keep dreaming my beloved...

  Sny są niejako rzeczywistością jaką podświadomie pragniemy. Są także odpowiednikiem bramy do innych uniwersów. Śniąc, przenosimy się do światów nam znanych, ale nie zaznanych. Do światów, w których chcielibyśmy się znaleźć. W snach realizowane są nasze najskrytsze pragnienia, a zarazem też koszmary. W nich możemy przebywać z ukochanymi przez nas osobami. Robić z nimi to co się nam żywnie podoba, co w świecie "obudzonym" nie zawsze jest możliwe, a to z powodu odległości, bądź legalności niektórych rzeczy, które pragniemy uczynić. Choć jeśli mocno się czegoś chce to i tak się to zrealizuje :)
  Sny to o tyle wygodne narzędzie kształtowania rzeczywistości, że możemy je nakierować. Wszczepić program, który będzie nimi operował. Nie dajemy rady ich nakierować dokładnie, ale i tak ten statek rozbija się o wybrzeże, o które chcemy żeby się rozbił.

czwartek, 13 grudnia 2012

A brat syjamski rośnie...

  Lenistwo to zgubna cecha charakteru. Człowiek zamiast robić coś produktywnego to obija się całe dnie, a potem płacze, że zamiast wziąć się do roboty i jakoś przebrnąć pierwszy semestr nauki na uczelni, zawala wszystko po kolei. Bo zamiast np. wkuwać anatomię, to przesiaduje nołlajfiąc w Just Cause 2 albo Crysisa, bądź po prostu przeglądając kwejka. Można też założyć bloga i tam spędzać czas, pisząc o wszystkim, co przyjdzie na myśl. Ech... tak to już niestety jest.
  Wiele rzeczy zawalamy przez brak chęci. Zamiast brać się w garść i do roboty, to myślimy sobie "po co zawalać sobie tym życie skoro i tak sprowadza się to do starej sprawdzonej zasady ZZZ". Ale odnosi się to także do związków, w których nigdy nie będziemy bo wmawialiśmy sobie, że później też damy radę, do pracy w której zawalimy jakiś deadline bo pycha w nas przezwyciężyła. Zawalamy to w rodzinie, bo zamiast odwiedzić osoby które nas kochają, wolimy gnić w naszych czterech ścianach sam na sam, z jedyną rzeczą, która nas nie zawiedzie, Internetem.

Sun's gone dim...

  Zachód Słońca to jakże proste, a jednocześnie piękne i urokliwe zjawisko. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak tylu ludzi kocha je oglądać. Ma w sobie wiele romantyzmu, ale przede wszystkim chodzi o to poczucie niepewności. Zachód Słońca to taki symbol zakończenia dnia, choć wiemy, że technicznie do końca dnia zostało jeszcze parę godzin, to i tak, gdy mrok nastanie, dzień się dla nas zakończył. 
  Obserwujemy tą rozgrzaną do milionów stopni kulę gazu, która krąży w przestrzeni i widzimy jej różnie oblicza, gdy zbliża się coraz bardziej do linii horyzontu. Obserwujemy zmiany barwy światła na coraz bardziej przyjemny, pomarańczowy, czasami też czerwony, kolor. Wtedy też zaczynamy myśleć o tym, czy zrobiliśmy coś produktywnego tego dnia, czy dobrze go wykorzystaliśmy, czy zrealizowaliśmy to co chcieliśmy, czy powiedzieliśmy ludziom to co chcieliśmy im powiedzieć, ale przede wszystkim ogarniają nas myśli spokojne: o domu, o rzeczach które kochamy, o osobach które kochamy.
  Więc jak widać, zachód Słońca to zjawisko wyjątkowe, nie tyleż pod względem optycznym, co właśnie psychologicznym. Po prostu wprawia w niesamowicie melancholijny nastrój. I to wszystko tylko dzięki światłu.

środa, 12 grudnia 2012

Such a lonely day...

  Samotność można podzielić na dwa zasadnicze względy: samotność pośród tłumu (mimo iż mamy np. ukochaną osobę, która odwzajemnia uczucie) i poczucie samotności absolutnej. 
  Pierwszy rodzaj samotności dotyka zazwyczaj osoby nierozumiane przez ogół społeczeństwa. Szukamy odpowiednich ludzi z którymi możemy przebywać, ale jedyną jaką odnajdujemy, to my sami (a przynajmniej tak nam się wydaje na początku). Brak partnerów do dyskusji i to ciągłe przeświadczenie o tym, że jesteśmy otoczeni przez ślepe owieczki, które podążają na rzeź za debilnym i skorumpowanym pasterzem (patrz: manipulacja mediami; politycy obiecujący złote góry etc.). Jednakże w tej samotności pośród tłumu udaje się prędzej czy później odnaleźć osobę, która myśli podobnie jak my i zachowuje się podobnie jak my. Z którą możemy się kłócić i wydurniać. I koniec końców, albo zostajemy przyjaciółmi na życie, albo po prostu dajemy miłości się wtranżolić i zostajemy w związku (co oczywiście niekoniecznie musi się wiązać z zepsuciem przyjaźni, tym bardziej nie jest to złe).
  Drugi rodzaj, czyli samotność absolutna, opiera się na tych samych założeniach, jednakże tutaj niestety nie znajdujemy absolutnie nikogo nam podobnego. I tak też zostajemy całkowicie sami, pośród tej ciemniej masy, niezadającej sobie sprawy z własnego istnienia i podążania mroczną ścieżką, która zaprowadzi ich tylko i wyłącznie do grobu bez żadnej przyjemności jej przebycia.

wtorek, 11 grudnia 2012

Chomik zjadł mi ukochaną :(

  Czasami warto wprowadzić się w melancholijny nastrój. Człowiek czuje się wtedy taki przytłoczony i spokojny. I z tego spokoju naradza się szczęście bycia, ale także myśli autodestruktywne. Dlaczego? No cóż, po prostu czujemy się dobici otaczającym nas światem i wpadamy nagle w poczucie nieszczęścia i myśli o tym, że nigdy go nie odnajdziemy. I jedyne co człowiek w takim momencie chce robić, to użalać się nad własną duszą zalewając się łzami i może jeszcze jakimś dobrym whiskey.


Aczkolwiek, ja tam w melancholijności odnajduję po prostu spokój i opanowanie :)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Killin' them softly... rescuin' them softly?

  Widzicie, zabijanie to dość prosty biznes. Odpowiednie uderzenie, cięcie, pchnięcie  pociągnięcie za język spustu w odpowiednim momencie na wydechu. Tutaj nic prócz fizyki i podstaw anatomii nie wchodzi w grę. Trzeba wiedzieć gdzie uderzyć i z jaką siłą, żeby atak był najskuteczniejszy. Taaaaaak... zabijanie jest proste :) Jednakże ratowanie ludzi? To jest dopiero sztuka :) 
  Można by porównać takie szkolenie żołnierza i ratownika medycznego. Obaj najpierw idą do szkółki, żeby zapoznać się z technikami, a potem zaczynają się praktyki przeplatane znów z teorią. Uczą się kto jest ich największym przeciwnikiem i jak z nim walczyć. A po latach treningu trafiają na pole chwały... i przekleństwa. Niestety oba zawody są tak samo napiętnowane przez społeczeństwo. O ile piętno na wojakach można zrozumieć (w końcu zabijają innych ludzi, a przecież to wysoce niemoralne, czyż nie?), to dlaczego ludzie tak bardzo czepiają się ratowników? Mam wrażenie, że w społeczeństwie nadal pokutuje przekonanie, że panowie w czerwonym to zwiastun dostania 3 dawek pawulonu i udania się na wiecznie zielone, bogate w browar i wyśmienitego wyglądu dziewoje (w sumie, jak się nad tą wizją zastanowić, to człowiek myśli dlaczego do cholery tak kocha ten świat?) pastwiska. 
  No ale wracając do tematu. Ratowanie ludzi to naprawdę sztuka. Trzeba zrobić masę rzeczy w naprawdę krótkim czasie, jeśli idzie o stany nagłe, albo dokładnie rozpoznać objawy i zadecydować czy mamy tu kogoś w stresie, czy może rzeczywiście przydałoby się go "załadować i odjechać"... do szpitala oczywiście :)
  A żołnierz? No cóż. Patrzymy przez przyrządy celownicze, widzimy wrażego i na wydechu, między uderzeniami serca, pociągamy język spustu, a potem patrzymy jak jego bezwładne ciało pada na glebę, bez ducha, albo powoli go tracąc, a w takim wypadku, gdy do takiego delikwenta się podjedzie i spojrzy mu w oczy, można dostrzec uciekającą z niego duszę. Magnificent...



P.S. Myślałem wstawić klip z filmu "Soldier", ale lepiej coś bardziej edukacyjnego... chociaż w sumie, czemu nie :) 

Into Darkness

  Sądzicie, że wasz świat jest bezpieczny, lecz to tylko iluzja. Wygodne kłamstwo, podtrzymywane by was chronić. Radujcie się tymi ostatnimi chwilami spokoju, ponieważ powróciłem, by mieć... swoją... zemstę.


A więc... zaczynamy?

Zagwozdka

  A dziś tak mniej poważnie i trochę żebyście mieli się czym dręczyć po nocach ;) Oto zagadka: Co jest najgorętsze i najzimniejsze na świecie, oraz co może przetrwać jedno i drugie? 


Ostatnio strasznie mnie się wkręcił ten utwór :)

niedziela, 9 grudnia 2012

Humanity

  Ludzkość - temat rzeka. Można ich zachwalać, potępiać, albo ani jedno ani drugie. Po prostu zrozumieć. 
  Wg. mnie jesteśmy bogami. W końcu każdy z nas z osobna kształtuje świat w jakim żyje. Wg. innych tylko marnymi kupami myślącego mięsa, sprzedajnymi dziwkami i tak dalej... A prawda? Jak zawsze leży gdzieś po środku. Jesteśmy cudem inżynierii naturalnej, a jednocześnie pełni wad moralnych. Gdy wszystko się wali z naszego drogiego, zachodniego społeczeństwa, wychodzi obrzydły potwór rzeczywistości. Bestia, która zrobi wszystko by tylko przetrwać.
  Albo religia i kościół. To jest dopiero śmiechu warte. Wojny, pokój i inne duperele. Chcą to niech istnieją, tylko niech nikt w to, dlaczego to istnieje, się nie wpierdala, proszę. To po prostu jest. Jest to zapisane w naszym DNA. Brutalność i miłosierdzie, gniew i spokój. Tacy już jesteśmy i nic na to nie poradzimy. 
  Jak to tak wszystko obserwuję, to uświadamiam też sobie, że z całą pewnością jesteśmy najbrutalniejszym gatunkiem we Wszechświecie. Ale! Jesteśmy także zdolni do tworzenia piękna. Przecież udało nam się stworzyć coś takiego jak sztuka, mimo tej wszelkiej brutalności. Patrząc na te wszystkie lata odkąd ludzkość istnieje, zakrawa to o coś niesamowitego. Potrafimy stworzyć naprawdę wiele rzeczy, albo użyć w nowy sposób tych już istniejących. 

Happiness

  Szczęście - coś czego wszyscy chcemy i za czym wszyscy podążamy. Coś tak błahego do zdobycia i jednocześnie tak nieosiągalne. 
  Każdy szczęście znajduje w czymś innym. Jedni w miłości, inni w prozie życia codziennego. Jedni znajdują to zaczytując się po uszy, a inni znowuż zagrywając się. Można je odnaleźć podczas wschodu Słońca, na swoim ulubionym przedmiocie w szkole, bądź na uczelni, albo po prostu przebywając wśród kumpli (oczywiście mam też na myśli dziewczyny) ze szkoły, odwalając z nimi zarówno na przerwie jak i na zajęciach.
  Więc czym właściwie jest szczęście? No cóż, to już zależy od nas samych. Szczęściem nazwiemy to co sprawia, że każdego dnia czujemy się zadowoleni i mamy ochotę poodwalać trochę (albo nawet dużo) i nie dołujemy się tak bardzo, że jedynym dobrym wyjściem w tym momencie jest mocny supeł i drzewo, bądź innym wysoki obiekt :)

Napój bogów

  O czym mowa? O etanolu, no bo też o czym innym by można :) 
  Jest to największy cud natury z jakim dane było człowiekowi się zapoznać. Jest to trunek o niesamowitych właściwościach, jeśli przyjmie się go w odpowiedniej ilości. Potrafi człowieka zamienić w superbohatera, komika, dodać mu pewności siebie jakiej nigdy nie zaznał, przypomnieć mu jak to było być dzieckiem i móc wymiotować gdzie tylko popadnie, stawać się mistrzem filozofii, sztuki, idealnym politykiem (tak chodzi mnie o kłamstwa), szczerym do bólu człowiekiem etc. 
  Problemem jednakże staje się przyjęcie odpowiedniej dawki. Często człowiek chce być tylko komikiem, ale wychodząc na scenę jest w nim już obudzony polityk, który tylko zanudza ludzi. Albo gdy chce się zamienić w superbohatera, a wychodzi, no niestety, bobas, który potrzebuje opieki innych. 
  Etanol jest także napojem bogów z powodu swoich właściwości wysyłania nas do światów równoległych. Potrafi też (co jest zbawienne w skutkach) wyczyścić pewne obszary pamięci, dzięki czemu nie trzeba sobie zawracać głowy błahostkami :)

Miłość od pierwszego wejrzenia

  Szczerze powiedziawszy nie sądziłem, że tak się stanie. Byłem jak co dzień rano w piekarni po bułeczki, świeże, ciepłe, smaczne (nie mogę się powstrzymać przed zjedzeniem paru zanim dotrę do mej dziupli). Później wzięła mnie ochota na banany, więc skoczyłem do sklepu sobie kupić z kilogram. Oczywiście były ostatnie, ale pomyślałem sobie: "co mi tam" i wziąłem. 
  Gdy zmierzałem do kasy ujrzałem go. Stał przede mną. Niby taki zwykły, niczym nie wyróżniający się, a jednak czułem, że zupełni inny. Ten kształt, ta rzeźba, spływające po nim zimne krople dzięki czemu światło odbijało się od niego w tak idealny sposób. I wtedy postanowiłem sobie: "Musisz być mój". No i wziąłem go. Przed sklepem skonsumowałem go, rozpoczynając tym samym związek który nigdy nie zginie (prędzej ja niż on).
  Tak drodzy kochani... Wojak to jednak idealne piwo :) I hej! Okazuje się, że nie jestem sam w takim związku :) 


piątek, 7 grudnia 2012

Destiny

  Przeznaczenie, Los - nazwy różne, każdy i tak wie o co chodzi. Czym dla mnie jest Los? Cóż. Los jest dla mnie po prostu zbitkiem przypadków, które doprowadziły życie pewnych osób, do pewnych miejsc, w pewnym czasie diametralnie je zmieniając bądź nawet losy świata. Co przez to mam na myśli? Weźmy pod uwagę np. II Wojnę Światową i Adolfa Hitlera. Gdyby nie to, że snajper zabił jego przyjaciela z okopu zamiast niego, to II WŚ wyglądałaby zupełnie inaczej (nie wliczam oczywiście jego zaburzeń mentalnych). 
  Przeznaczenie wyjaśnia nawet matematyka. Często wylicza się wystąpienie jakiejś anomalii rzeczywistości.  Jakiegoś wydarzenia, które nie powinno się nigdy wydarzyć, a mimo to powstaje. A jeśli tak jest, to musi istnieć jakieś nadnaturalne powiązanie świata nas otaczającego. 
  Los istnieje, ja w to wierzę. Po prostu nie każdego dotyka. 

Dlaczego chodzisz w ciemności?

  Ostatnio u mnie w mieście pojawił się taki szyld "Dlaczego chodzisz w ciemności?". Zastanawiam się czy to rzeczywiście domorosłe pytanie egzystencjonalne, bo jeśli tak, to całkiem trafne. 
  Otóż popatrzmy na nasze społeczeństwo. Chodzimy w ciemności, a jedynymi "światełkami" w mroku są mamiące umysł rozwiązania jak np. telewizja, która zamienia nas w bezmózgie zombie wykonujące i pochłaniające każdy ochłap, jaki tylko wydobędzie się z "gadającego pudła". Szkoda tylko, że przez to często nie zauważamy ludzi mówiących prawdę, którzy tkwią w mroku i nie mogą nas znaleźć, ani tym bardziej przekrzyczeć tego... mamienia. 
  Natomiast jeśli jest to reklama, powiedzmy, żarówek, to jedna z najbardziej chwytliwych z jakimi się spotkałem :D


UPDATE 
A więc, jednak okazał się to trik reklamowy... ale zupełnie inny niż podejrzewałem :) 



środa, 5 grudnia 2012

Zakochanym być... przyjemnie jest :)

  Mam taką koleżankę... kumpelę... hm... na pewno bardzo dobrą partnerkę do dyskusji :) Szczerze powiedziawszy, to rozmawia mnie się z nią, jak z nikim innym i prawdopodobnie to był powód, dlaczego moje serce zaczęło bić mocniej (lubię to wyrażenie). Lubię przy niej przebywać, bo jest mnie wtedy miło i czuję... spokój... duszy. Tak, spokój duszy. 
  Zakochany w niej jestem od września 2009 roku. Wtedy jej o tym nie powiedziałem. Bałem się kompromitacji. Pamiętam, że zacząłem ją omijać trochę (a może nawet bardzo) i może powinienem był wtedy tego nie robić, ale inaczej nie potrafiłem. 
  Ostatnio byłem w Poznaniu na PGA i miałem sposobność spotkania się z nią, choćby na godzinę, ale zamiast tego, zostałem na imieninach kumpli, kumpla mego przyjaciela (zagmatwane co nie? ;)), zalewając umysł etanolem (tak wiem! zjebałem całkiem porządnie), no i dzięki tej, jakże rozważniej decyzji, ze spotkania nici.
  To, że się w niej zakochałem wyznałem jej, nie chcę ściemniać, ale pod koniec marca tego roku... chyba. Nawet nie pamiętam. Pamiętam za to, że jeszcze wtedy alkohol toczył się w mym organizmie i zrobiłem to za pomocą SMSa, więc nie bardzo się liczy (a przynajmniej jest to całkiem ujowy sposób). 
  Chciałbym z nią spróbować, bo odkochać się raczej nie dam rady, a też drugiej takiej jak ona to nie znajdę (a uwierzcie mnie, szukałem)... no ale jak widać Los coś innego sobie wyszykował (o! I mam temat do kolejnej rozkminy :)). Tyle, że mi to nie przeszkadza, aż tak bardzo, bo przy niej czuję się... szczęśliwy :)

wtorek, 4 grudnia 2012

Two girls, one cup...

... em... taaa... szczerze powiedziawszy, to lepiej by było, gdybym tego filmiku jednak nie obejrzał. Są rzeczy które nawet mnie odpychają (a uwierzcie mi umiem znieść wiele), ale ciekawość przezwyciężyła. Częściowo to też wina innych. Nie chcieli nawet napomnieć o czym to jest. Ale wtedy wiele o tym mówili więc i w końcu ja obejrzałem. Przecież nie może być takie straszne, co nie? Otóż było :/ Nigdy więcej :/
  A żeby odrzucić te straszne wspomnienia, to serwuję coś lekkiego (i sobie i wam).

Snow is falling everyone :)

    Łuhuuu! Pierwszy śnieg u mnie spadł (i nadal spada) i jest zarąbiście :D Kocham zimę i wszystko z nią związane :) Po prawdzie, wiem co o niej sobie myślą kierowcy, że trzeba odśnieżać, że szyby zaszronione, że zimno w aucie etc. Ale wiecie gdzie mam ich narzekania? Dokładnie. Głęboko w rzyci :) Trzeba się rozkoszować śniegiem póki jest bo kolejna zima trafi się dopiero za rok ;) 




  P.S. Tak wiem, że zima dopiero za ponad dwa tygodnie :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Jeśli prawda jest niezaprzeczalna, tworzymy własną...

  Szaleństwo. Dla wielu odstępstwo od normy życia. Osobiście uważam, że to coś zupełnie innego. Innego pod tym względem, ponieważ ja sadzę, że to po prostu uwolnienie. Ucieczka. Wyrwanie się z okowów rzeczywistości. 
  Dzięki szaleństwu nie musimy poddawać się panującym prawom. Dzięki szaleństwu sami możemy kształtować świat i poddawać go swoim prawom. Dzięki szaleństwu jesteśmy nieskażeni grzechem rzeczywistości. Możemy stworzyć świat idealnie czysty. Żadnej polityki, żadnych władców, co mówiliby nam co myśleć, mówić i robić. Po prostu czystość duszy w świecie idealnym.
  Istotę szaleństwa pomogła mi zrozumieć pewna gra. Tytułu nie zdradzę, ale podpowiedzią będzie to, że protagonistą jest specjals - kapitan Walker.