Można by porównać takie szkolenie żołnierza i ratownika medycznego. Obaj najpierw idą do szkółki, żeby zapoznać się z technikami, a potem zaczynają się praktyki przeplatane znów z teorią. Uczą się kto jest ich największym przeciwnikiem i jak z nim walczyć. A po latach treningu trafiają na pole chwały... i przekleństwa. Niestety oba zawody są tak samo napiętnowane przez społeczeństwo. O ile piętno na wojakach można zrozumieć (w końcu zabijają innych ludzi, a przecież to wysoce niemoralne, czyż nie?), to dlaczego ludzie tak bardzo czepiają się ratowników? Mam wrażenie, że w społeczeństwie nadal pokutuje przekonanie, że panowie w czerwonym to zwiastun dostania 3 dawek pawulonu i udania się na wiecznie zielone, bogate w browar i wyśmienitego wyglądu dziewoje (w sumie, jak się nad tą wizją zastanowić, to człowiek myśli dlaczego do cholery tak kocha ten świat?) pastwiska.
No ale wracając do tematu. Ratowanie ludzi to naprawdę sztuka. Trzeba zrobić masę rzeczy w naprawdę krótkim czasie, jeśli idzie o stany nagłe, albo dokładnie rozpoznać objawy i zadecydować czy mamy tu kogoś w stresie, czy może rzeczywiście przydałoby się go "załadować i odjechać"... do szpitala oczywiście :)
A żołnierz? No cóż. Patrzymy przez przyrządy celownicze, widzimy wrażego i na wydechu, między uderzeniami serca, pociągamy język spustu, a potem patrzymy jak jego bezwładne ciało pada na glebę, bez ducha, albo powoli go tracąc, a w takim wypadku, gdy do takiego delikwenta się podjedzie i spojrzy mu w oczy, można dostrzec uciekającą z niego duszę. Magnificent...
P.S. Myślałem wstawić klip z filmu "Soldier", ale lepiej coś bardziej edukacyjnego... chociaż w sumie, czemu nie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz