środa, 12 grudnia 2012

Such a lonely day...

  Samotność można podzielić na dwa zasadnicze względy: samotność pośród tłumu (mimo iż mamy np. ukochaną osobę, która odwzajemnia uczucie) i poczucie samotności absolutnej. 
  Pierwszy rodzaj samotności dotyka zazwyczaj osoby nierozumiane przez ogół społeczeństwa. Szukamy odpowiednich ludzi z którymi możemy przebywać, ale jedyną jaką odnajdujemy, to my sami (a przynajmniej tak nam się wydaje na początku). Brak partnerów do dyskusji i to ciągłe przeświadczenie o tym, że jesteśmy otoczeni przez ślepe owieczki, które podążają na rzeź za debilnym i skorumpowanym pasterzem (patrz: manipulacja mediami; politycy obiecujący złote góry etc.). Jednakże w tej samotności pośród tłumu udaje się prędzej czy później odnaleźć osobę, która myśli podobnie jak my i zachowuje się podobnie jak my. Z którą możemy się kłócić i wydurniać. I koniec końców, albo zostajemy przyjaciółmi na życie, albo po prostu dajemy miłości się wtranżolić i zostajemy w związku (co oczywiście niekoniecznie musi się wiązać z zepsuciem przyjaźni, tym bardziej nie jest to złe).
  Drugi rodzaj, czyli samotność absolutna, opiera się na tych samych założeniach, jednakże tutaj niestety nie znajdujemy absolutnie nikogo nam podobnego. I tak też zostajemy całkowicie sami, pośród tej ciemniej masy, niezadającej sobie sprawy z własnego istnienia i podążania mroczną ścieżką, która zaprowadzi ich tylko i wyłącznie do grobu bez żadnej przyjemności jej przebycia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz