Od tamtej pory, mój jakże zacny umysł postanowił go
rozkminiać, over & over again. Co prawda do rozkminy nie ma tu za dużo. Bo
co też może być?
Człowiek umarł z chwilą narodzin… i już. Rodzimy się, ale
nasza ścieżka i tak nie prowadzi do niczego innego, niż spotkania ze Śmiercią,
Ponurym Żniwiarzem, Kostuchą (prócz jednego kolesia, Buddą zwanego). Tyle, że po tej drodze spotykamy wiele rzeczy, które
zostają z nami na dłużej, albo aż do końca, kiedy to musimy się z nimi
pożegnać, bądź odchodzą w tym samym momencie, razem z nami, jeśli tak zdecydują.
Wychodzi więc na to, że w sumie nie ma po co żyć… ale to
zależy tylko od Ciebie, drogi Czytelniku ;) W każdym razie, ja tam nie narzekam, na te „rzeczy”,
które spotkałem do tej pory :)
Człowiek umiera z chwilą narodzin…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz