Przebywając w miejscach, które lubię, z osobami które uwielbiam, myślę sobie, że może po prostu, to wszystko narodziło się głęboko w mym umyśle? Może oni nie są prawdziwi, a to tylko moja chora wyobraźnia, która miała dość wyalienowania, samotności i zmęczenia? Ale gdyby tak było, to raczej teraz siedział bym w pomieszczeniu, gdzie grupka panów w białych kitlach, przeprowadza terapię elektrowstrząsową mego umysłu. Poza tym, zbudowanie tak skomplikowanej maszynerii jak Świat, mogłoby być problematyczne, dla jakiegokolwiek umysłu. Jednakże gdy łapię się na tej myśli, rzeczywistość nagle staje się dla mnie nierealna, jak odległy sen właśnie. Wszystko wokół zdaje się być zbudowane z prochu. Że gdy tylko dotknę jakiegoś przedmiotu, rozpadnie się on na pyłki i zostanie rozwiany przez wiatr. W tym momencie każde niebezpieczeństwo, każde życie, każda rzecz, tracą sens istnienia, powód i cel, dla którego zostały skonstruowane.
Nic jest warte wszystkiego, natomiast wszystko staje się niczym. Czas płynie i powraca, zupełnie jak woda z rzek, która trafia do morza, a potem powraca na ląd w formie deszczu. Starzy zostają zastąpieni młodymi, zniszczone - nowym, a ja trwam niewzruszenie, niczym liczące miliony lat, gwiazdy. Ja staję się uosobieniem wszystkiego. Kreatorem i niszczycielem światów. Wszystko jest mną, a ja jestem niczym. I tylko to wtedy czuję... oddalenie i pustkę.
P.S. Właśnie się zorientowałem, że to mój 69 post... if you know what I mean ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz